onet.pl PATRONAT
Treść wywiadu
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Kufer z wywiadami

Powrót
"Nowości Rzeszowskie"
Blondynka z Amazonii

Z BEATĄ PAWLIKOWSKĄ - podróżniczką, pisarką i dziennikarką rozmawia Zbigniew Filipiak

- Czego może nauczyć się Europejczyk od amazońskiego szamana?

- Wielu rzeczy. Na przykład fruwania. Ale przede wszystkim może się nauczyć rozumieć świat dookoła, a także ten wewnątrz siebie. Prowadzi do tego długa droga; po wielu miesiącach postu i szamańskich nauk młodzi Indianie stopniowo rozwijają w sobie wrodzoną moc. W tym czasie nie mogą też utrzymywać jakichkolwiek kontaktów z kobietami.
Nie ma przeszkody, by biały człowiek spróbował tej drogi. Trzeba jednak pogodzić się z wieloma miesiącami spędzonymi w dżungli, całkowitym wejściem w
ten obcy nam, niesamowity świat. Tego doświadczyłam.

- Czy podróżniczce łatwiej jest nawiązać kontakt z egzotycznymi ludami? Wydaje się, że kobieta w tej roli powinna budzić u tubylców mniejsze obawy niż mężczyzna a co za tym idzie - nie wywoływać przypadkowej agresji.

- Pierwszy kontakt z tubylcami rozgrywa się zawsze na najbardziej podstawowym poziomie komunikacji między ludźmi - za pomocą wyrazu oczu, twarzy, gestu; mniejszą rolę gra to, czy jest się mężczyzną czy kobietą. Najważniejsze pozostaje głębokie spojrzenie w oczy; wprawiony podróżnik już wtedy może dowiedzieć
się, czy ma się do czynienia z człowiekiem o dobrym
sercu, pozytywnych zamiarach czy też z nieprzyjacielem.

- Granice stoją otworem, podróżowanie do egzotycznych krain jest coraz prostsze i popularniejsze. Epoka mitycznych podróżników w rodzaju Arkadego Fiedlera minęła. Gdzie pani dociera, co robi, by zainteresować czytelników i słuchaczy?

- Wbrew pozorom zmieniła się tylko kwestia dotarcia do wielkich miast. W istocie tak samo trudno jak dawniej jest dostać się do małej wioski leżącej w sercu dżungli. Tamten świat nie posunął się w rozwoju przez ostatnie 50 lat. Co robię? Udaje mi się trafiać do miejsc, gdzie inni zwykle nie dojeżdżają, gromadzę
wiedzę, która nie jest powszechna.

- A czy natrafiła pani kiedyś na plemię, które nigdy nie widziało białego człowieka?

- Udało mi się spotkać Indian, którzy prawdopodobnie tylko raz widzieli białych, i to przed wielu laty. Kiedyś odkrycie całkowicie nieznanego plemienia było moim marzeniem; teraz
patrzę na to inaczej. Mam nadzieję, że nigdy nie dotrę do takiego miejsca. Biali przynoszą z sobą zarazki, zarówno w podstawowym tego słowa znaczeniu, jak i w przenośni. Tak błaha dla nas choroba, jak na przykład grypa potrafi spustoszyć całą wioskę, ponieważ Indianie nigdy wcześniej na nią nie chorowali.
Zarazki w przenośni to obca kultura, nasza agresywna cywilizacja, która prędzej czy później potrafi zniszczyć naturalne szczęście mieszkańców dżungli.

- Jakie właściwości winien posiadać kandydat na podróżnika?

- Powinien być otwarty, ciekawy świata i ludzi - tego jak wyglądają inne kultury; być gotowym na zaakceptowanie rzeczy, które mogą nie zgadzać się z jego zasadami, sposobem widzenia świata.
Ponieważ pojawia się w odległych krainach jako gość, musi przestrzegać tamtejszych praw, szanować odmienne gusta i zwyczaje. Trzeba też być elastycznym, dostosowywać się do nowych warunków, odmiennego klimatu oraz mieć umiejętność odnajdywania się w sytuacjach nieprzewidywalnych.

- Podróże kosztują...

- Kiedy wybierałam się w pierwsza podróż, wyszłam z
założenia, że szukanie sponsora zajmie mi tyle samo czasu, co zapracowanie na wyprawę. Postanowiłam więc zakasać rękawy i samodzielnie finansować swoje podróże. Łączyłam pracę w radiu z tłumaczeniem
komiksów oraz filmów dla telewizji; dawałam lekcje angielskiego. Zamiast kupować sobie sukienki, zbierać na mieszkanie, wszystkie pieniądze odkładałam na podróże. Dopiero po siedmiu latach zdecydowałam się na napisanie pierwszej książki, kiedy poczułam, że wreszcie coś rozumiem, że wracam do dżungli jak do
domu, "czuję" tamte miejsca. Obecnie na moje podróże zarabiają właśnie moje książki, reportaże, zdjęcia.

- Jest pani pierwszą Polką, która napisała książkę wydaną przez "kultowy" National Geographic...

- W moim rodzinnym domu obok książek podróżniczych było też kilka zaczytanych, pożółkłych numerów tego pisma. Między innymi to właśnie za ich sprawą zapragnęłam podróżować. Wiele lat później zastanawiałam się, czemu National Geographic nie publikuje książek napisanych przez Polaków. Zadzwoniłam do redakcji i zapytałam o to. Odpowiedzieli, że właściwie nie ma żadnych przeciwwskazań, ale nie spotkali jeszcze tekstu, który by ich zainteresował. Akurat miałam ukończoną trzecią książkę podróżniczą, zaniosłam ją do przeczytania
i... stało się.

- Żyjemy wciąż echem tragicznej śmierci Waldemara Milewicza. Nie raz obawiała się pani o swoje życie. Czy natrafiła pani na wojnę?

- Tak, kilka razy. Tak było w Kolumbii, gdzie wojna domowa trwa od 50 lat, ale w tamtym czasie przybrała drastyczne rozmiary. Zamordowano podczas mszy arcybiskupa, uwięziono dla okupu kandydatkę na prezydenta, porywano też turystów. Zawsze, kiedy
jedzie się w dalekie miejsce, szczególnie takie, gdzie sytuacja jest niespokojna, trzeba zdawać sobie
sprawę z ryzyka; nigdy nie wiadomo na pewno czy wróci się do domu. Nie ma rady, rodzina podróżnika musi się godzić z tą świadomością.

- Czy nie chciałaby Pani nawiązać do tradycji telewizyjnych programów Elżbiety Dzikowskiej i Tony Halika?

- Mam pewien pomysł na program telewizyjny, ale na razie jest za wcześnie, żeby mówić o szczegółach.

Czy lubi Pani podróżowac samotnie?

- Lubię, człowiek zupełnie inaczej wtedy funkcjonuje. Po pierwsze dlatego, że jest
odpowiedzialny tylko za siebie, po drugie - musi być bardziej samodzielny, a po trzecie - ja zawsze nabieram wtedy szczególnego spokoju, z nikim nie muszę rozmawiać, dzielić się wrażeniami ani przeżyciami,
trzymam je w sobie, a potem opisuję. Efektem tego jest kolejna książka.

- Niekiedy zabiera jednak pani ze sobą początkujących podróżników.

- Tak, współpracuję od pewnego czasu z Fundacją Marka Kamińskiego, która organizuje różne ekstremalne wyprawy. Wyjeżdżam z małą grupą osób do samego serca amazońskiej dżungli I pokazuję im jak można żyć w tamtych warunkach. Chętni mogą zobaczyć piranie i kajmany z pokładu indiańskiego czółna; zbierać kauczuk; robić tatuaże...

- W które miejsce wraca pani najchętniej?

- Właśnie do amazońskiej dżungli. O niej czytałam kiedyś w książkach Fiedlera i starych numerach National Geographic. Oglądałam na zdjęciach wielkie rośliny, ludzi ubranych w liście i pióra; czytałam o czarach szamanów. Po przybyciu tam okazało się, że to wszystko prawda, i że jest tam jeszcze znacznie
więcej do zobaczenia i poznania. Europejczykom wydaje się, że dżungla jest jedna. A na siedmiu milionach kilometrów kwadratowych żyje niezliczona liczba plemion, bardzo różnych od siebie pod względem ubioru, dialektu, wierzeń, sposobów życia. Sam wygląd dżungli jest nieco inny, w zależności od tego czy ogląda się ją z łódki na Orinoko, Amazonce czy Ukajali. Wróciłam stamtąd dwa tygodnie temu, a już tęsknię z powrotem do dżungli. W lipcu jadę do Gujany Francuskiej i Surinamu. We wrześniu - do Peru, a w listopadzie do Kolumbii i Brazylii.

- A czy amazońskie czary działają w Polsce?

- To nie jest takie proste. Aby szaman mógł działać w Polsce, musiałby przywieźć z sobą kawałek dżungli, skąd pochodzą jego moce. Ale tak naprawdę, w każdym miejscu na świecie można robić rzeczy magiczne. Najprostszy, sprawdzony przykład - jeśli gromadzi się w sobie złe emocje i kumuluje je wokół nielubianej
osoby; chce się jej zaszkodzić; wysyła w jego kierunku złą energię, to ta zła moc bardzo szybko wraca do nadawcy. I tymi samymi negatywnymi emocjami dostaje się po głowie. Zawsze lepiej jest wysyłać w kosmos dobrą energię. Bo ona też prędzej czy później wróci do
ciebie.

- Dlaczego pani podróżuje?

- Bo lubię. Bo ciągle mnie nosi; nie mogę usiedzieć w jednym miejscu. I ciągle czegoś szukam.

- Dziękuję za rozmowę.


Powrót