|
|
"W zdrowym stylu"
11b4
Z Beatą Pawlikowską , dziennikarką, podróżniczką, autorką siedmiu książek rozmawiamy
O zdrowiu w podróży, leczeniu przez szamana i złowieszczej klimatyzacji.
- Pół życia spędza pani w dżungli, jakie medykamenty zabiera pani ze sobą?
Prawie żadnych. Moje podróże prowadzą zwykle przez nieprzetarte szlaki, gdzie często trudno jest przewidzieć cokolwiek zarówno trasę i czas jej pokonania, jak i zagrożenia wynikające ze spotkań ze zwierzętami, trującymi roślinami czy duchami wojowników błąkającymi się po puszczy. Nigdy nie wiem czy będę miała szansę coś zjeść, i co mogłoby to być. Dlatego wielu zabezpieczeń nie stosuję.
- Nie obawia się pani zachorować?
Naprawdę to boję się klimatyzacji. Nie znoszę jej i jak ognia unikam! W Ameryce Południowej wielkie korporacje autobusowe mają luksusowe autokary wyposażone w klimatyzację, która zwykle jest nastawiona na maksimum, tak że człowiek siedzi ubrany we wszystko, co przywiózł ze sobą z Polski polar, długie spodnie, skarpetki, czapkę i drży z zimna. Wolę podróżować lokalnymi rozklekotanymi autobusami. Jedzie się wprawdzie wolniej, ale jest przyjemnie gorąco i można spotkać wielu ciekawych tubylców, a podsłuchując ich rozmowy, dowiedzieć się, co jest dla nich najważniejsze, czym się martwią, a co przysparza im radości.
- A jak się uchronić przed zatruciem? W egzotycznych krajach mało kto dba przecież o higienę i sterylność?
Są dwie szkoły: jedna mówi, że należy bezwzględnie unikać wszystkich surowych owoców i warzyw, nie jeść z ulicznych budek, żywić się tylko w porządnych, klimatyzowanych i sprawdzonych restauracjach, pić wyłącznie wodę mineralną z butelki. Ja wyznaję drugą szkołę, czyli jem to, co tubylcy, najchętniej w zatłoczonych, fantastycznie pachnących barach, gdzie na obiad i kolację przychodzą robotnicy i inni zwykli ludzie; jem surowe warzywa i owoce i chętnie próbuję wszystkich nieznanych nowości kulinarnych. I nigdy nie choruję.
W amazońskiej dżungli nauczyłam się jeść i pić to, co towarzyszący mi Indianie czyli to, co uda się upolować łącznie z mrówkami, papugami, małpami, piraniami, wężami i innymi daniami, które wcześniej skakały, biegały, pełzały lub pływały.
- Czy z lekarstw tubylców też pani korzysta?
Oczywiście! Lekarzem w wiosce indiańskiej jest szaman, który stosuje wiele tradycyjnych sposobów, żeby leczyć chorych. Szaman jest też jedyną osobą w wiosce, która potrafi nawiązać kontakt z duchami i demonami oraz ze światem, który dla normalnych śmiertelników jest niewidzialny. Aby wniknąć w tę inną rzeczywistość, pije napar z magicznych roślin lub zażywa magiczny proszek. Dopiero wtedy może rozmawiać z roślinami i zapytać ich, jakiego lekarstwa powinien szukać w puszczy dla chorego i jak je przyrządzić. Sama zresztą odbyłam taka podróż w amazoński świat duchów i piszę o tym w ostatniej książce pt. Blondynka u szamana. Niektóre z indiańskich lekarstw trafiają aż do Europy. Tak było choćby ze słynną vilcacorą, którą od wieków stosowali Indianie różnych plemion w Peru i Ekwadorze.
- Co może pani poradzić początkującym wędrowcom?
Zadbać przed wyjazdem o kilka podstawowych spraw. Dobrze jest zaszczepić się przeciwko żółtaczce, tężcowi i żółtej febrze. Najlepiej odwiedzić Klinikę Chorób Tropikalnych i dowiedzieć się, jakie zagrożenia panują w miejscu, do którego chce się jechać czy na przykład nie szaleje tam epidemia malarii albo gorączki tropikalnej, albo jeszcze innej, nieznanej w Polsce choroby. Przeciwko malarii można łykać leki profilaktyczne, na gorączkę tropikalną nie ma żadnego lekarstwa, więc najmądrzej jest unikać ukąszeń moskitów czyli po zmierzchu i o świcie nosić ubrania z długimi rękawami i nogawkami, i smarować się płynem odstraszającym owady.
- Dziesięć rzeczy, które Beata Pawlikowska koniecznie zabiera ze sobą do amazońskiej dżungli:
- Hamak;
- moskitiera;
- aparat fotograficzny z trzeba obiektywami;
- zapas zeszytów i długopisów;
- zapas filmów fotograficznych i baterii;
- urządzenie do nagrywania;
- szorty i spodnie;
- sandały i długie buty;
koszula z krótkimi i długimi rękawami;
- szamański amulet.
fe7
|