|
|
Wysokie Obcasy
2520
Przychodzi lekarz do baby, czyli Krystyna Bochenek i Dariusz Kortko z wizytą domową u Beaty Pawlikowskiej
Jak się Pani przygotowuje do wyprawy w dżunglę?
Nie tak jak Arkady Fiedler, który przygotowując się do podróży wychodził na miasto z torbą wypełnioną cegłami. W ten sposób trenował mięśnie. Ja nic specjalnego nie robię, poza tym, że dużo jeżdżę na rowerze. A samochód parkuję zawsze kilka przecznic dalej od miejsca, w którym mam spotkanie.
Taka drobna blondynka jak Pani, pewnie by tych cegieł nie uniosła
Kruche blondynki są bardzo silne. Jeśli się maszeruje bez przerwy 10 godzin przez dżunglę, to trudno nie być silnym człowiekiem. Ludzie mają w sobie ogromne pokłady energii i siły, ale nie zdają sobie z tego sprawy. Prowadzimy wygodne życie w miastach i nie potrzebujemy korzystać z zasobów energii, które w nas drzemią. Jak musimy wejść na 10. piętro, to korzystamy z windy. Jak się chcemy umyć, to odkręcamy kurek w kranie. A w dżungli trzeba się o wodę postarać i chodzić z wysoko podniesionymi kolanami, żeby się nie potknąć o wystający korzeń.
Fiedlera nie musi Pani naśladować, ale przed wyprawą szczepić się trzeba.
Raz na dziesięć lat obowiązkowo szczepię się na żółtą febrę, co pięć lat na żółtaczkę, dur brzuszny, tężec i polio, a na tydzień przed wyjazdem zaczynam zażywać leki przeciwko malarii i kontynuuję kurację jeszcze przez cztery tygodnie po powrocie z wyprawy. Jest słynny lek na malarięnazywa się Lariam. Ludzie opowiadają o nim różne historie. Jest bardzo silny i wywołuje skrajne reakcje. Niektórzy ludzie tracą nawet po lariamie przytomność. Rok temu zażyłam lariam i następnego dnia gdy jechałam samochodem, poczułam, że kierownica nagle zrobiła się z gumy i zaczęła falować mi w rękach. Zdążyłam się zatrzymać.
Lepszy lariam niż malaria
Na szczęście malaria mnie ominęła, ale miałam coś podobnegogorączkę tropikalną dengue. Dopadła mnie w Paragwaju. Na to nie ma profilaktycznych leków ani szczepionek. Chorobę roznoszą moskity i czasem wystarczy jedno pechowe ukłucie. To jest jak grypa do setnej potęgi. Potworny ból wszystkich mięśni, kości, problemy z oddychaniem, krwawienia z nosa, z uszu i innych miejsc, a do tego obezwładniająca słabość. Wydawało mi się, że słońce wypali mi oczy, nie mogłam oddychać, na widok jedzenia robiło mi się niedobrze, a potem dostałam ponad 40 stopni gorączki i odleciałam w niebyt. Na szczęście byłam w domu polskich misjonarzy, gdzie przez 10 dni leżałam patrząc w ścianę. Nie mogłam jeść, nie mogłam się ruszyć, wszystko bolało. Gorączka tropikalna występuje w dwóch odmianach: jedna jest zwykła, a druga jest gorączką krwotoczną. Podczas choroby rozszerzają się wszystkie naczynia krwionośne i absolutnie nie wolno wtedy łykać aspiryny, bo ona dodatkowo je rozszerza, co może się skończyć tragicznie. Dlatego wyjeżdżając do krajów tropikalnych radzę nie zabierać aspiryny, ale tylko paracetamol. Przy dengue jedna tabletka paracetamolu co sześć godzin obniży gorączkę i złagodzi ból. Po kilku dniach powinno, tak jak mnie, przejść.
Jakie leki jeszcze Pani ze sobą zabiera do dżungli?
Węgiel w tabletkach. To polski wynalazek, nie do kupienia nigdzie indziej na świecie, a jest niezwykle skuteczny. Zabieram leki na malarię, paracetamol na wypadek bólu i gorączki, tabletki na gardło, plastry na drobne skaleczenia i akutol to jest opatrunek w sprayu, który dezynfekuje, jest elastyczny, wodoodporny i przepuszczalny dla powietrza. To wszystko.
My najbardziej balibyśmy się kłopotów z żołądkiem.
Ja na szczęście nigdy nie miałam takich problemów, choć na miejscu jadam wszystko to, co tubylcy: mrówki pieczone albo surowe, larwy owadów, zupę z małpy, ogon iguany, jaja żółwia, pieczonego kajmana, piranie, węża boa... Kajman jest bardzo smaczny, mrówki zresztą też. Pieczone są lekko słonawe. Niestety, nóżki mrówek zostają między zębami.
To tak się Pani odgryza na insektach?
Owady w dżungli to niezwyciężona armia, która w większości żywi się krwią, chętnie ludzką. Wokół latają chmury moskitów i much, z ziemi atakują mrówki, a z gałęzi spadają jeszcze inne insekty, które też gryzą. Podczas jednej z wypraw wędrowałam kilka dni przez dżunglę w strugach deszczu. Nieświadomie rozdrapałam i zabrudziłam ranki na łydce, powstałe po ukąszeniach owadów. Noga spuchła mi jak balon, pojawiły się na niej wielkie, ropiejące wrzody. Potwornie bolała.
Jak ją Pani leczyła?
Nie leczyłam. Musiałabym wiedzieć, czy zaatakowały mnie bakterie czy pasożyty, nie miałam też pojęcia jaki antybiotyk zastosować, nie mówiąc już o tym, że taki lek trzymany w plecaku po tygodniu stałby się bezużyteczny. Antybiotyki trzeba przechowywać w miejscu chłodnym i suchym. W dżungli to niemożliwe, bo tam jest zawsze powyżej 30 stopni Celsjusza i prawie stuprocentowa wilgotność powietrza.
Kto Pani pomógł wyleczyć tę nogę, znalazł się jakiś lekarz?
W dżungli!? Mogłam tam co najwyżej znaleć wioskę indiańską, w której mieszkał szaman. Dotarłam do Indian Yanomani, którzy żyją w puszczy amazońskiej na pograniczu Brazylii i Wenezueli. Szaman posadził mnie przed sobą na ziemi, usiadł za mną, objął ramionami i zaczął mocno ściskać. Zaczął od dołu, skończył na górze, jakby chciał coś ze mnie wycisnąć. W końcu wyjął mi chorobę przez czubek głowy.
Pomogło?
Pomogło fantastycznie! Noga przestała boleć, a rany zaczęły się goić. Potem dowiedziałam się, że szaman nie leczy sam. O tym jak sobie poradzić z moją chorą nogą powiedziały mu demonyistoty o nieziemskiej piękności, które mieszkają w drzewach i pod kamieniami. Każdy szaman może je przywołać, a one dają mu moc leczenia. Potrzebuje do tego tylko środka, który otworzy mu drzwi do świata ponadzmysłowego. Yanomani stosują yopo magiczny proszek o właściwościach halucynogennych. W jednej z amazońskich wiosek dowiedziałam się zresztą, że ja też jestem szamanem.
Jak to?
Fotografowałam drzewo, które wyglądało jak gigantyczny owad. Nie wiedziałam, że obserwują mnie Indianie. Stwierdzili potem, że strzelałam tsentsakami do drzewa po to, żeby sprawdzać swoją szamańską moc.
Co to są tsenstsaki?
To pomocnicy szamana, którzy w nim mieszkają. Czasami szaman chce sprawdzić, czy wciąż ma moc i strzela tsentsakami do drzewa. Jeśli pod naporem tsentsaków drzewo rozłamie się na dwie części, to znaczy, że szaman ma moc. Jeśli nie, musi szybko znaleć innego dobrego szamana, który zasili go swoimi tsentsakami.
I Indianie widzieli, że Pani strzela tsentsakami?
Mało tego. Oni widzieli, że drzewo się rozłamało!!!
A rozłamało się?
Oni twierdzili, że tak. Uznali, że jestem szamanem. Tego wieczora miałam leczyć w ich wiosce.
Miała Pani pacjenta?
Jednego. Szaman, który mieszkał w tej wiosce podpowiedział, że mój pacjent został zaatakowany przez pasuki, czyli tsentsaki wysyłane przez złego szamana. Ten człowiek umierał. Dostałam do picia magiczny napój i odleciałam.
Co to było?
Ayahuasca, czyli napar z liany o tej samej nazwie. Pod jego wpływem szaman jest w stanie zobaczyć człowieka na wskroś, ciało wygląda jak szklane akwarium. Sama tego doświadczyłam. Zobaczyłam, że w brzuchu tego nieprzytomnego człowieka pływała ryba. Wyjęłam ją, a ona zmieniła się w ptaka i odleciała.
Odleciała?
Tak. Szaman powiedział, że ta ryba była zapewne złym pasukiem.
Kim dla Indian jest szaman?
Lekarzem i księdzem, powiernikiem, psychiatrą i jasnowidzem. W ich świecie rzeczywistość jest wymieszana z magią. Indianie wierzą, że choroby biorą się też z duszy. W naszym świecie mówimy: w zdrowym ciele zdrowy duch. W dżungli uświadomiłam sobie, że jest odwrotnie. Kiedy człowiek dławi w sobie złe emocje: nienawiść, żal, smutek, gorycz, zazdrość, rozczarowanie i trzyma je w sobie, to stanie się od tego chory. Jeśli zdrowy jest duch, zdrowe jest i ciało.
Ciało łatwiej leczyć niż duszę.
Nasza cywilizacja stara się ludziom ulżyć, wszystko nam ułatwić i pozbawić samodzielności. A przecież człowiek samodzielny, który pokonuje swoje słabości, staje się coraz silniejszy. A kiedy jest silny, to wyznacza sobie cele i je realizuje. Staje się niezależny, zadowolony z życia. Potężnieje. Dżungla nauczyła mnie, że duch jest ważniejszy niż ciało.
I dlatego staram się unikać ludzi, którzy są wiecznie nieszczęśliwi, znajdują przyjemność w opowiadaniu o swojej słabości i zarażają tym innych. Takich ludzi omijam.
fe3
|