Podczas wyprawy do Tanzanii dotarłam do miasteczka Mwanza nad Jeziorem Wiktorii. Mozna się było z niego wydostać na trzy sposoby: samolotem, autobusem lub pociągiem. Wybrałam ten ostatni...
Pewnego dnia kupiłam bilet na pociąg z Mwanzy do Dodomy i gdy wyruszylismy z półtoragodzinnym opóźnieniem...
...wciąż miałam dobre przeczucia.
W przedziale bywało tłoczno z powodu stad brązowych karaluchów
...a pociąg krótko jechal i długo stał, czasem przez wiele godzin...
...i wtedy cały świat zatrzymywał się i czas przestawał płynąć...
Zarówno dla nas, jak i dla tubylców, którzy przychodzili na stację...
...i razem z nami czekali na sygnał do odjazdu.
Podczas niezwyjasnionych i tajemniczych wielogodzinnych przerw w podróży czekaliśmy...
...czekaliśmy...
...czekaliśmy...
...i czekaliśmy.
Na każdym przystanku witały nas tłumy sprzedawców wszelakiego towaru, od drewnianych łyżek...
...az po orzeszki ziemne, które można było kupić przez okno
Na innych stacjach czekali na nas tylko policjanci...
...pustka i cisza...
...oraz lokalne miss.
Nie brakowało jedzenia. Prawie każdym przystanku mieliśmy duży wybór lokalnych przysmaków...
...oferowanych ze stolików rozstawianych wprost na sąsiednich torach...
...które można było kupić przez okno nie wychodząc z wagonu.
Lokalne specjalności: szpinak, potrawka z kurczaka, buleczki i placki chappati
Kolejna nieprzewidziana i niezapowiadana przerwa w podróży
Przyjazd pociągu oznaczał, że z kanału w peronie kolejarze wyciągali rurę z wodą. Na ten moment czekały kobiety...
...ktore nadciągnęły z okolicznych wiosek z pojemnikami...
Z minuty na minutę tłum kobiet z pustymi kubłami był coraz większy...
...aż wreszcie peron został ciasno zastawiony kubłami, kanistrami i innymi pojemnikami.
Po uzupełnieniu poziomu wody w pociągu, rurę oddano na kilka minut kobietom. Nie dla wszystkich starczyło.
Podróż miała trwać jeden dzień i jedną noc...
...ostatecznie dotarliśmy do celu po trzydziestu sześciu godzinach.