f3e
Poniedziałek, 19 kwiat 2004
Po drugiej stronie mikrokładki Herkules zatrzymał się i pochylił nad swoim plecakiem. Stałam tuż za nim, najpierw poruszając niecierpliwie palcami w kaloszu. Potem nie mogłam powstrzymać nerwowego tupania, uginania kolan i zaciskania pięści. A Herkules marudził. Coś go uwierało, ma le dopasowaną długość pasków, musi to poprawić, dostosować, wyciągnąć... Rety! A ja tu czekam!...
Zeszłam do bajorka wody, zajrzałam do środka i zdumiałam się. Jaka bujność życia! Jaka rozmaitość zabójczych zarazków! Jakie zagęszczenie śmiercionośnej ameby!... Ile tam pływało żuczków, wijków, pędraków, larw i kijanek!... Nie daj Boże napić się z takiej kałuży! Wtedy całe to wodne towarzystwo wije sobie gniazdko w ludzkim żołądku, przewodzie pokarmowym, w jelitach i wysysa do ostatniej kropli. Kropli... Przypomniało mi się, że po słonej rybie na kolację strasznie chce mi się pić.
W butelce zostało kilka łyków ciepłej wody o plastikowym smaku. Co za rozkosz!... Stałam z butelką w ręce i oblizywałam starannie ostatnie krople, które z niej kapały, gdy nagle do moich myśli wpłynęła zasadzka. Na całe szczęście już dawno nauczyłam się w porę rozpoznawać to niebezpieczeństwo. Wiem, do czego może doprowadzić i wiem jak z nim walczyć, a amatorom podróży do dżungli wyjaśniam:
Jedną z największych i najtrudniejszych pułapek, jakie czyhają na wędrowcę po dżungli jest jego własna nieokiełznana wyobrania oraz p a m i ę ć.
Upał. Stuprocentowa wilgotność powietrza. Zmęczenie. Głód. Pragnienie. Dzika groza dookoła. Człowiek w pierwotnej puszczy tropikalnej malutki, kruchy i nieporadny. Kiedy uświadomi sobie realność wszystkich niebezpieczeństw widzialnych i niewidzialnych i swoją własną wobec nich bezbronność - to nagle jego umysł zaczyna produkować szaleńcze wizje. Ich najczęstsze formy są następujące:
Samochód! Z włączoną klimatyzacją! Muzyka gra!
Lodówka! Wypakowana zimnymi butelkami z piwem!
Restauracja! Serwetka na kolanach! Kelner podaje ulubione danie!
Moje biurko w pracy! Chłodny pokój! Ciepły kaloryfer!
Spacer jesienią po parku! Żółte liście na trawie! Delikatne polskie słońce!
Mój komputer! Moja cisza, mój spokój!
Telewizor!!... Łagodny wieczór za oknem!
Zima! Pierwsze wielkie, miękkie, czułe płatki śniegu!
Moje mieszkanie!! Widok z okna! Moje drogie kapcie!....
Strumyk oleistego potu płynie w dół po plecach. Całe ciało wydaje się spuchnięte od upału i wilgoci. Stopy w kaloszach wołają o litość. Nogi drżą ze zmęczenia. Brwi nie mogą już utrzymać potu spływającego z czoła. Włosy lepią się do głowy. Dłonie są mokre, lepkie i obrzękłe. Żyły nabrzmiałe. Płuca dyszą. Serce wali. I w takiej sytuacji nagle umysł przywołuje pierwszą szaloną wizję tego wszystkiego, co najwspanialsze, a co zostało daleko w tyle i jest całkowicie nieosiągalne. A w momencie gdy człowiek sobie uświadomi, że zostało być może stracone na zawsze, bo dżungla go pochłonie, połknie, nie wypuści ze swoich zielonych objęć, to nagle odzyskanie tego, co dobrowolnie przecież zostawił za sobą, staje się najważniejszą rzeczą na świecie.
Tak, ja też się tak czułam podczas moich pierwszych wypraw do Ameryki Południowej. Po kilku latach nauczyłam się ten stan ducha pokonywać.
My, biali ludzie, wchodzimy do dżungli z całym bagażem tego, co znamy z Europy czy z Ameryki. Dlatego nie potrafimy wsiąknąć w puszczę tak jak to robią Indianie, dlatego nie możemy nigdy poczuć się z nią jednością, nie umiemy wtopić się w jej dziewiczą dzikość. Koniec i kropka. Żaden białas nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tego, co czuje i jak żyje Indianin.
Ciąg dalszy nastąpi jutro.
Fragment pochodzi z książki Blondynka u szamana, która ukazała się 15 kwietnia.
f9e