3ed
Piątek, 28 lis 2003 r.
Byłam wczoraj w biurze linii lotniczych odebrać mój bilet do Malezji. W tym samym czasie jakiś pan kupował swój bilet i najpierw coś długo ustalali z agentką sprzedaży, a potem usłyszałam ostatnie zdanie:
- Czyli poleci pan do Los Angeles, a wróci pan z Sydney?
- Tak - zgodził sie uprzejmie klient.
A ja pomyslałam, jakie mamy niesamowite szczęście. Kiedyś żeby wyjechać z domu trzeba było organizować ogromna ekspedycję ze stadem koni albo wielbłądów, kupować cały statek i żegnać sie na pół życia. A dzisiaj wchodzimy do biura, wybieramy miejsce na mapie i najzwyczajniej w świecie kupujemy bilet jak na autobus podmiejski.
Mój bilet też ładnie się prezentuje :)))
Dokąd chcielibyście polecieć dziś po śniadaniu?
fda