Najgorętsza wiadomość, jaka w tym tygodniu nadeszła z Ameryki dotyczy uwolnienia Ingrid Betanourt. Była kandydatka na fotel prezydenta, gdy sześć lat temu została porwana przez partyzantów i uwięziona.
Byłam wtedy w Bogocie. Pamiętam jak przerywano wszystkie programy w radiu i w telewizji, żeby podać tę informację. Ludzie nie dowierzali, że ktoś mógł podnieść rękę na kobietę, która jest nie tylko piękna i wykształcona, ale była też oficjalna kandydatką startującą w wyborach.

Co potem się z nią działo, mogę się tylko domyślać.
Sama spędziłam w dżungli wiele tygodni. Wiem, że nie ma tam żadnych elementów naszego zachodniego świata. Nie ma elektryczności, żadnych dróg, nie ma betonu, szkła ani plastiku.
Nie istnieją łóżka, bo śpi się w hamakach. Chaty buduje się z kory palmowej i przykrywa palmowymi liśćmi. Rzeka jest łazienką, pralnią i źródłem pożywienia. Z więzienia w dżungli nie można jak uciec – bo nie ma dokąd. Dookoła jest dokładnie taka sama zielona gęstwina, a kiedy zapada noc, jest tak przerażająco ciemno, że człowiek nie widzi własnych stóp.
Ingrid Betancourt spędziła w dżungli sześć lat. To cud, że przeżyła. Cud, że nie zachorowała na jedną z setek śmiertelnych tropikalnych chorób roznoszonych przez moskity, brudną wodę, zanieczyszczoną ziemię. To cud, że znów mogła spotkać się z rodziną, wziąć pierwszy normalny prysznic w łazience, zjeść normalny posiłek.

W tym tygodniu za oceanem przypadło też Święto Niepodległości.
Kilka dni temu siedziałam w restauracji na obiedzie. Kiedy nadeszła pora deseru, moi znajomi zamówili szarlotkę na gorąco z lodami.
- Po austriacku – dodała moja znajoma wyjaśniająco.
- Raczej po amerykańsku! – powiedziałam, ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że przecież Ameryka została zbudowana przez emigrantów z Europy, którzy na nową ziemie przewieźli swoje meble, ubrania i zwyczaje.
Trudno będzie więc dzisiaj ustalić kto pierwszy wpadł na pomysł podawania gorącego jabłecznika z zimnymi lodami.
Kiedy o tym myślałam, uzmysłowiłam sobie też, że „prawdziwymi” Amerykanami tak naprawdę są tylko Indianie, którzy mieszkali tam przed przybyciem białych ludzi.
Indianie z plemienia Czirokezów ogłosili właśnie przyjmowanie kandydatek do wyborów Miss 2008. Oto wciąż panująca Miss Czirokezów z zeszłego roku (fot. Cherokee Nation News Release):

O Czirokezach napisał też do mnie Lakota:
To Ci sami Indianie, którzy zasłynęli z tego, gdy rząd USA wygnał ich za Mississippi z ich domów w Karolinach i Georgii. Na Szlaku Łez (Trail of Tears) zmarło ich 4 tysiące.
Teraz mieszkają w Oklahomie, tysiące kilometrów od swych ziem ojczystych.
Byłem w ich rezerwacie w Karolinie Północnej. Jest tam od wielu lat dzięki niezwykłej postawie jednego z Czirokezów. Nazywał się Tsali. Kiedy unikając przesiedlenia uciekł z rodziną w Góry Dymne (Smoky Mountains) natkął się na amerykańskich żołnierzy. Poległ jeden z nich, co potem, gdy Tsali został schwytany zostało uznane za zbrodnię i skończyło się rozstrzelaniem Tsalego i kilku mężczyzn z jego rodziny.
Ale Tsali przed śmiercią poprosił Generała Winfielda Scotta o zaprzestanie poszukiwania zbiegłych Indian, którzy chcieli tym samym uniknąć wysiedlenia, a ten dał słowo, którego dotrzymał. I tak w Karolinie Północnej Czirokezi mają swój rezerwat, który mieści się na części ich niegdyś rozległego terytorium. Tak właśnie stało się w USA w wielu przypadkach, że te przeklęte rezerwaty, które dla wielu były jak jakieś straszne obozy, paradoksalnie uratowały dla wielu plemion ich tradycyjne ziemie przed kompletną grabieżą i do dzisiaj wiele plemion mieszka na swoich własnych, choć okrojonych ziemiach. Część, jak duży odłam Czirokezów, mieszka daleko od swoich dawnych ziem.
Oto "Amazing Grace" w przepięknej wersji (muzycznie i wizualnie) zaśpiewana w języku Czirokezów.
Tu znajdziecie mape dojazdu do miasteczka Takwięc (Nowthen) w USA
Przepis na zupę Czirokezów
Tańczący wieżowiec w Dubaju
A tutaj - fotografie z pokazu mody, gdzie widziałam kobiety ubrane jak stojak na parasole i niszczarki do dokumentów:

