7e4
roda, 29 stycznia 2003r.
Moja myszka w najmniej spodziewanym momencie kopnęła mnie, potem zrobiła się wściekle gorąca, po czym zdechła. Nie pomogła reanimacja, naciskanie ani kilkakrotne restartowanie komputera. Wyjmowałam jej wtyczkę z komputera, dmuchałam, wpinałam ponownie powoli i ostrożnie. I nic. Myszka ani zipnęła.
W związku z tym po mniej więcej pół godzinie walki o jej życie i możliwość dalszej pracy przy komputerze dałam jej spokój i zajęłam się innymi sprawami.
Wieczorem po kolejnej nieudanej próbie reanimacji mojej myszki stwierdziłam, że niestety - jedynym wyjściem jest ubrać się i pojechać do sklepu po nową mysz. Co też natychmiast uczyniłam.
Wsiadłam już do samochodu i zamknęłam za sobą drzwi, gdy przypomniało mi się, że przecież mogą istnieć dziesiątki rodzajów myszy o różnych końcówkach, z których nie każda będzie pasowała do mojego komputera. Cofnęłam się więc. Wróciłam do domu.
Wlazłam pod biurko, wypięłam mysz z komputera. I wtedy mnie olśniło.
W ręku trzymałam kabel od klawiatury!
I to tym kablem dmuchaniem w niego, podłączaniem i rozłączaniem usiłowałam naprawić martwą mysz! Kabel od myszy od cieńszy i znajduje się bardziej w górze komputera niż na dole... Zaraz... Mam! Wypięłam kabel, włączyłam go ponownie, uruchomiłam komputer, usłyszałam ziewnięcie i westchnienie coś jakby ulgi, po czym moja mysz podskoczyła i wróciła do życia!
Jak to mówią: nie ma myszy niezastąpionych. Ale są myszy zadomowione i znające swoje miejsce na biurku. Lepiej, żeby nie odchodziły.
P.S. dziękuję za wszystkie wczorajsze fachowe porady dotyczące ożywienia mojej myszy. Morał z tej historii jest taki, żeby zawsze mieć mysz w zapasie.
fcc