e66
Poniedziałek, 20 stycznia 2003r.
Napisałam kiedyś dwa opowiadania o Baronie Ptasznym. To było na długo zanim zaczęłam pracować w radiu, tuż przed tym jak napisałam moją pierwszą książkę o Baltazarze czyli miałam wtedy szesnaście, może siedemnaście lat.
Wczoraj obiecałam, że zamieszczę tu pierwsze z nich, może kiedyś przyjdzie pora także na to drugie.
BARON PTASZNY (1)
Jak trudno napić się herbaty w zatłoczonym autobusie! Ciasne siedzenia, miejsca wypełnione ludzkimi ciałami. Jest i on nienaganny jak zwykle. Patrząc na niego nie mam wątpliwości, że ludzka skóra może być okryta z godnością. Ma ubranie bez śladu kurzu, absolutnie czarne i równie doskonałą białą koszulę. I kapelusz.
Herbaty nie było. Rozglądałam się bezskutecznie próbując znaleć jakieś jej ródło. W domu sprawa jest prostsza jest kuchnia, jest i czajnik, i szklanka. Ale w autobusie jest więcej ludzi, więc i czajników powinno być więcej.
Ludzie przysuwali się do kasowników, do siebie, do szyb, do drzwi, potem oddalali się od tego wszystkiego, bez namysłu, bez żalu ani radości; dotykali, puszczali, wsiadali, wychodzili, szli dalej. A na ich miejsce przychodzili następni. A za oknem ulica.
Kiedy spojrzałam na Barona Ptasznego, od razu wiedziałam, że to jest ktoś. Nie siedział, pozostawiając to innym, ale i był za dumny na to, żeby trzymać się rozgrzanych, pokrytych potem uchwytów albo szukać oparcia o rozedrgane ściany pojazdu.
Baron po prostu stał, nie będąc częścią ani autobusu, ani jego pasażerów, ani nawet ulicy o przyśpieszonym, letnim rytmie.
Ja siedziałam naprzeciw i przyglądałam się jak na lśniącej powierzchni jego cylindra światło ślizga się, zapada w czerń, błyska, strzela i ucieka. Zapomniałam o herbacie, byłam tylko rozbawionym kibicem refleksów ulicy, nieba i szyb wędrujących po kapeluszu Barona Ptasznego.
W pewnej chwili przez otwarte drzwi do autobusu wleciał ptak. Zauważyłam go dopiero wtedy, gdy usiadł na cylindrze Barona. Ludzie odsunęli się depcząc sobie po nogach i zaszeptali:
- Presti... tidigi... prestidigita....digitator...
Ptak odpoczął, a potem wyfrunął tuż za plecami pasażerów wsiadających na kolejnym przystanku.
Zrobiło się trochę ciemniej, gdy baron został ponownie otoczony ludmi, zasłonili mi go na moment, wychyliłam się niecierpliwie szukając wzrokiem jego błyszczącego kapelusza. Wtedy tuż przed moją twarzą pojawiła się filiżanka z parującą zawartością.
wieżo parzona pomyślałam. Spojrzałam ponad jej krawęd i serce gwałtownie mi zabiło trzymała ją ręka w aksamitnie czarnym rękawie, spod którego zuchwale wysuwał się skrawek śnieżnobiałego mankietu.
Podniosłam wzrok. Baron Ptaszny stał wyprostowany, jedynym zgięciem w jego postaci było ramie podające mi filiżankę.
- Wypij odezwał się Baron głosem miękkim i lekko chropawym, jak przystało na arystokratę.
Łyknęłam herbaty, była piekielnie gorąca; czując ciepło spływające do żołądka uświadomiłam sobie, że jest mi bardzo zimno; czyżby upalne popołudnie zamieniło się w chłodny, deszczowy wieczór?
Baron zrobił krok w lewo i odsłonił mi okno. W tej samej chwili zasyczały drzwi i do wnętrza autobusu wdarło się mrone powietrze i sypnęło śniegiem.
Baron bez słowa wziął mnie za rękę i wyprowadził na ulicę.
ffa