758
Niedziela, 19 stycznia 2003 r.
Wielki czarno-szary gawron usiadł na śmietniku, a potem zaczął dziobem walić w coś, co w tym śmietniku zostało umieszczone. A potem hop, pociągnął za torebkę plastikową, wyrzucił ją na chodnik, zeskoczył ze śmietnika, chwycił dziobem za jedno ucho tej torebki i wysypał z niej wszystkie śmieci na ziemię. Czyli zastawił sobie stół na pierwsze śniadanie, bo widziałam to dziś rano stojąc na światłach w drodze do radia.
A wczoraj po południu widziałam stado kaczek. Tak naprawdę nigdy wcześniej im się nie przyglądałam, a mieszkają niedaleko mojego domu. Wczoraj wyglądały jak dzieła sztuki wypuszczone na wolność przez artystę.
Każda ma błyszczącą zieloną szyję, na której nosi idealnie okrągły biały naszyjnik. Kaczka w kaczkę, wszystkie co do jednej, dokładnie zaprojektowane i pomalowane farbą z tej samej tubki! To były żywe kaczki, nie fatamorgana na stawie w styczniowy dzień. Po prostu wyglądały jak z filmu National Geographic, a znajdowały się na stawie w lasku w Warszawie. Nie przypuszczałam, że kaczki mogą być takie piękne! Al;e one zawsze były takie piękne, tylko ja nigdy wcześniej tego nie zauważyłam.
Po tych kaczkach na stawie, po gawronie dziś rano, i po tym jak usłyszałam dzisiaj wiosenne śpiewanie na drzewach kiedy wyszłam z domu, i poczułam zapach wiosny, przypomniało mi się, że kiedyś napisałam dwa opowiadania o Baronie Ptasznym i jutro jedno z nich tu zamieszczę.
A dzisiaj w programie nie będzie nic o ptakach - bo schodzimy bardzo głęboko pod wodę.
fd7