Odkryłam wczoraj w Polsce kawałek Ameryki Południowej. Pojechałam do Krakowa, żeby wziąć udział w programie "Rozmowy w toku". Pociąg ekspresowy zgodnie z planem miał dojechać do Krakowa przed jedenastą rano. I dokładnie o tej godzinie się zatrzymał - w polu, gdzie stał przez ponad godzinę.
Ćwiczyłam więc południowoamerykańską cierpliwość - wiedząc, że nagranie programu miało się rozpocząć o 12.30, a ja mam już kupiony powrotny popołudniowy bilet do Warszawy.
Okazało się, że w Krakowie nastąpiły nie zapowiedziane strajki pracowników PKP i dlatego pociągi stały przed miastem przez kilka godzin.
Po powrocie do Warszawy chciałam wezwać taksówkę, ale okazało się, że niespodziewanie w stolicy spadł śnieg i - jak to zwykle się dzieje - miasto zostało sparaliżowane. Żadna korporacja taksówkowa nie odbierała telefonu, a kiedy w końcu udało mi się do jednej dodzwonić, pani po drugiej stronie oświadczyła ze smutkiem:
- Tak, jesteśmy korporacją taksówkową. Tak, to jest właściwy numer. Ale nie możemy pani wysłać żadnej taksówki. Nie mam ani jednej wolnej do dyspozycji.
Odcinek programu "Rozmowy w toku" był poświęcony sytuacjom, kiedy trzeba zmienić swoje obyczaje i zasady zachowania, żeby przystosować się do zasad obowiązujących w nowym miejscu lub w określonej grupie ludzi. Bardzo ciekawy temat, na który wypowiadali się m.in. ksiądz i misjonarka, żona muzułmanina i Polka pracująca w żydowskim miasteczku w USA.