W "Podróżach z Herodotem" napisał, że marzył o przekroczeniu granicy. Wcale nie odległej, zachodniej, londyńskiej czy paryskiej. Marzył o tym, żeby przekroczyć granicę - bo granica kojarzyła się ze staniem w miejscu, a przekraczanie kolejnych granic z poruszaniem się, aktywnością, po prostu - z życiem.
Marzył o tym, żeby przekroczyć granicę z Czechosłowacją - bo to były czasy, kiedy nie podróżowało się po swiecie, a marzenie o wyprawie zagranicę było raczej ekstrawaganckie i osobliwe.
Pewnego dnia Ryszard Kapuściński został wezwany do swojego dyrektora.
- Wysyłamy Cię - powiedział dyrektor. - Do Indii.
I tak rozpoczęło sie przekraczanie granic.
W życiu Ryszarda Kapuścińskiego znacznie ważniejsze było przekraczanie tych granic, których nie widać, a które zawsze istniały między ludźmi, między narodami i odmiennością obyczajów, kultur, religii. Te granice lubił chyba przekraczać najbardziej.
Pamiętam co powiedział o Orianie Fallaci, która atakowała świat islamu. Powiedzial, że choć Oriana jest wspaniałą dziennikarką, dociekliwą i surową, to brakuje jej jednej istotnej cechy - otwartości i chęci zrozumienia tych, którzy są od nas inni. Miał w tym 100% racji. I za to właśnie cenię Ryszarda Kapuścińskiego najbardziej - za nieustanne przekraczanie granic między ludzkimi uprzedzeniami, złą wolą, strachem i nienawiścią. Pokazywał nam, że między wszystkimi ludźmi na świecie można budować mosty - zrozumienia, otwartości, dobrej woli i przyjaźni.
Mam nadzieję, że tak kiedyś stanie się na świecie.