Pewnego dnia w Mombasie zapisałam się na lekcję windsurfingu. Umówiłam się na dziewiątą, ale śniadanie - zlożone głównie z przesłodkich, dojrzałych, afrykańskich ananasów - nieco się przeciągnęło, więc w pospiechu pobiegłam do mojego pokoju, przebrałam się w kostium kąpielowy i wybiegłam na plażę.
Ale nagle sobie przypomniałam, że o dziewiątej rano slońce jest juz bardzo silne, więc wróciłam do pokoju i chwyciłam za tubkę z kremem przeciwslonecznym z filtrem 60 SPV. Kto kiedykolwiek smarował sam siebie po plecach, ten wie, że jest to zadanie trudne :)
Jakos sobie jednak poradziłam i pobiegłam na plażę.
Lekcja trwała półtorej godziny - najpierw na piasku, potem w wodzie. Miałam jednak ochotę poćwiczyć więcej, więc wypożyczyłam deskę i pływałam aż do pierwszej. Po lunchu wróciłam na deskę.
Wieczorem okazało się, że nie bardzo mogę siedzieć i leżeć, ponieważ mam spalone przez slońce plecy. Ale jak!... Ponieważ smarowałam się kremem w sposób dość pośpieszny i niezbyt dokładny, slońce wymalowało mi na plecach abstrakcyjna kompozycję w kolorach biało-czerwonych. Tam wszędzie, gdzie nie polożyłam kremu, stałam się czerwona. Miejsca posmarowane pozostały blade. Wyraźnie odcisnęły mi się w kilku miejscach na plecach moje własne dłonie i palce. Na pozostałej przestrzeni wymalowałam sobie kremem na plecach fantazyjne smugi i kształty - wszystkie starannie zachowane przez slońce.
I tak od nieco ponad tygodnia noszę na plecach abstrakcyjne malowidło made by moje własne ręce z pomocą afrykańskiego slońca :)