W Beskidzie Żywieckim...
W czwartek wyjechałam do Krakowa, gdzie nagrywaliśmy odcinek programu "Podróże z żartem_ - tym razem o kenii. W piatek rano mój znajomy zabrał mnie na śniadanie. Pojechaliśmy na krakowsi Kazimierz, do małego lokalu tuż przy targowisku, gdzie ludzie sprzedawali jabłka i dynie... Świeciło cieple, poranne slońce, w którym nieziemsko błyszczały owoce, warzywa i twarze ludzi...
W piatek rano centrum Krakowa bylo prawie całkiem puste. Cierpliwe ulice i domy, błękitne niebo, spokój, grzanka z łososiem... poczułam się tak, jakbym przeszła na drugą stronę lustra :)
Po śniadaniu wsiadłam do pociągu i pojechałam przez Katowice do Bielska-Bialej, a potem dalej do Szczyrku. Nie mogłam oderwac oczu od lasów, pastwisk i wiosek. Drzewa obsypane tęczowymi liśćmi, na zielonej trawie krowy czarno-białe jak zebry, puste miasteczka, po ktorych ulicach fruwają liście... Niesamowita jesień.
W wiosce Kobiór był tylko umarły peron przykryty żółtymi loiśćmi. Cisza jak na cmentarzu, szary beton, domek dróżnika. Nagle wpadł tam rozpędzony pociąg, rozrzucił liście, porwał ciszę, a potem znikł. I znow zapadło spokojne milczenie, a czas znów zaczął drzemać, bo w tym miejscu nie ma potrzeby podążać naprzód.
Zamieszkałam w hotelu w lesie przy ulicy Poziomkowej. Patrzyłam na górki, lasy, konie na pastwisku, małe domki i kwiaty w oknach i pomyślałam, że to bajkowy kawałek Polski...