f45
roda, 8 stycznia 2003r.
Nie lubiłam Elvisa dopóki go nie poznałam. I zawsze kojarzy mi się z drewnianą, ciężką łodzią, którą płynęłam po Amazonce, czytając grubą książkę, która była wydrukowana bardzo drobnym drukiem i która po raz pierwszy wprowadziła mnie w prawdziwy świat Elvisa Presleya. Wtedy zrozumiałam kim był i jaki był. I bardzo go od tamtego czasu lubię.
Obiecałam, że zacytuję fragment książki, którą właśnie kończę czytać. I tak się przypadkiem (naprawdę przypadkiem) składa, że czytam książkę napisaną przez żonę Elvisa Presleya Priscillę o nim i o nich. Nie wiem czy została przetłumaczona na polski, ale po angielsku jej tytuł brzmi Elvis and Me.
Zanim zacytuję, zrobię wstęp.
Elvis zatrudniał na stałe grupę starych kumpli, którzy byli ludmi do wszystkiego. Byli jednocześnie ochroniarzami i towarzystwem do zabawy, razem chodzili do kina, razem jedli posiłki, razem jedzili na tournee. Generalnie ich zadaniem było byc blisko i robić wszystko, czego zażyczył sobie Elvis.
Mnie to trochę dziwi, bo ja lubię być sama i chyba nie mogłabym znieść grupy przyjaciół, którzy wszędzie by ze mną chodzili i cały czas byli gdzieś w pobliżu. Ale Elvis prawie nigdy nie chciał być sam. Może próbował wypełnić w ten sposób samotność, którą nosił w sobie. A ponieważ był coraz sławniejszy i coraz bardziej kapryśny i coraz bardziej uzależniony od różnych leków, to nikt tak naprawdę nie mógł mu podskoczyć, a on czuł się coraz bardziej i bardziej i bardziej samotny.
Cytuję:
Praca dla Elvisa była zajęciem 24 godziny na dobę. Chłopcy musieli być na każde jego zawołanie. Bawili się wtedy, kiedy on się bawił, spali wtedy, kiedy on spał. Trzeba było mieć szczególny rodzaj psychiki, żeby to wytrzymać.
Pewnego popołudnia, zaledwie kilka godzin po tym jak wstaliśmy z łóżka (po kolejnej zabawie do świtu) Elvis powiedział:
- Cilla, chod skoczymy do Tupelo w Mississippi. Pokażę ci dom, w którym się urodziłem.
Zadzwonił na dół i kazał Alanowi ściągnąć wszystkich, bo za godzinę wyjeżdżamy. Alan powiedział:
- Okay, Boss. Ale Richard i Gene chyba jeszcze śpią. Zaraz do nich zadzwonię i każę im przyjść.
- Jak to śpią! Te leniwe tyłki jeszcze śpią?! zapytał Elvis. - Ja wstałem już dwie godziny temu! Oni też powinni już tu być! Alan od tej chwili kiedy ja zadzwonię rano po śniadanie, dzwoń do chłopaków i mów im, że już wstałem, a oni mają być zaraz gotowi do pracy, niezależnie od tego czy zejdę na dół na śniadanie, czy nie. Mają tu być.
Wymagający? Owszem, ale Elvis potrafił być tak samo hojny. Na dzisiejsze standardy pensje chłopaków nie były wysokie średnia płaca wynosiła 250$ za tydzień ale gdyby któremuś z chłopaków czegokolwiek brakowało pod koniec miesiąca, to zawsze szli do Elvisa. Pytali czy mógłby im pomóc z pierwszą ratą za dom albo z czynszem za wynajem mieszkania. Elvis zawsze im pomagał, pożyczając tysiąc czy pięć tysięcy, czy dziesięć tysięcy dolarów. Te pożyczki były prawie zawsze bezzwrotne.
Nie było też granic dla kosztownych prezentów, które im dawał telewizory na Boże Narodzenie, czeki premiowe, kabriolety Cadillaki, Mercedesy Benze. Kiedy tylko Elvis usłyszał, że ktoś jest smutny albo chory, natychmiast próbował mu poprawić humor jakimś prezentem, zwykle był to nowiutki samochód. A kiedy dawał prezent jednemu z chłopaków, to zaraz obdarowywał też wszystkich pozostałych.
ffb