James Grenfell Kent, sierzant królewskiej Konnej Policji, nie miał cienia wątpliwości. Wiedział, że umiera. (...) Siedząc, widział przez okno migotliwą wstęgę wielkiej rzeki Atabaski, toczacej leniwy nurt ku Oceanowi Lodowatemu. Słonce świeciło jaskrawo, toteż Kent widział jeszcze z woda gęsty wał cedrowego boru, faliste roztoki wzgór i dolin, a słaby wietrzyk niósł mu wonie łąk i lasu, które od tylu lat ukochał.
Tak sie zaczyna jedna z książek mojej wczesnej młodości - "Dolina Ludzi Milczacych" Jamesa Curwooda. Zawsze będąc w Krakowie przebiegając z pospiechem obok rzędu stoisk z książkami stojącymi w podziemiu między wejściami na perony, żałowałam, że brak mi czasu, zeby się przy nich zatrzymac. Tym razem czasu postanowiłam miec więcej. Wróciłam z plecakiem pełnym ksiązek.
A jeszcze dzisiaj rano przyjechalam na dworzec wcześniej i po raz ostatni przechadzałam się między książkami, zdmuchując z niektórych warstwę kurzu. Nagle sięgnęłam pod półkę, gdzie lezała niewielka zszarzała książka, ktorej tytułu nie było widac. Ale kiedy wzięłam ją do ręki, zadrżałam. Obok znalazłam kilka innych książek Jamesa Curwooda i kupiłam je wszystkie. W pociągu od razu przeczytałam pierwszą. Nie dziwię się, że kiedyś zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To bardzo dobrze napisana powieść, która toczy się na dalekiej Północy wśród dziewiczych rzek, wodospadów, burz i lasów. I chociaż dopiero co skończyłam ja czytac, chętnie przeczytałabym ja jeszcze raz :)