9a4
Czwartek, 26 XII
Byłam londyńską sardynką i warszawskim karpiem. Tymi, o których pisałam w poniedziałek przed wigilią. Życie jest proste: najpierw kogoś widzisz albo o kimś słyszysz, a potem masz szansę sam się tym kimś stać.
Opowiem od początku:
Na Wigilię pojechałam do leśniczówki. Na wieczerzy było dwanaście potraw (licząc uszka z grzybami i barszcz jako dwie osobne rzeczy :) ). Były też rewelacyjne (jak zawsze) gołąbki z grzybami, grzyby smażone, pierogi z kapustą, karp marynowany, karp smażony i kompot śliwkowy.
A potem się uparłam, żeby wracać do Warszawy nocą, samochodem, w dwudziestostopniowym mrozie, przedzierając się przez gęstą jak mleko mgłę.
Wsiadłam do samochodu i wtedy właśnie poczułam się jak londyńska sardynka ta, która w Londynie wychodzi z puszki i pływa w powietrzu w gęstej mgle.
Ja też płynęłam. Nie było widać nic dalej niż półtora metra. Polna droga biegnąca wzdłuż rzeki była pokryta warstwą lodu, a wszystko dookoła niej zostało zalane mlecznymi chmurami mgły, które wisiały w kłębach tuż nad ziemią. A ja jechałam.
Trasa wiodła przez Zakazany Las taki jak ten, do którego raz za karę został wysłany Harry Potter. Lada chwila spodziewałam się zobaczyć jednorożca. Po godzinie zaczął sypać drobny śnieg, który padał do góry. Nie w dół, jak śniegowi przystało, ale do góry, tak jakby ktoś rzucał we mnie garściami śniegu, który potem odbijał się od maski, nie dotykał szyby i leciał dalej na dach. Znad szosy wyskakiwały na mnie coraz to nowe gęste chmury mgieł wyglądały jak duchy z rozcapierzonymi ramionami. A ja jechałam :))
Tylko raz wcześniej zdarzyło mi się jechać samochodem przez taką mleczną mgłę w Argentynie. Różnica jest taka, że tam było 30 stopni gorąca i szosa sucha jak pieprz, a tutaj był środek zimy i 50 stopni mniej. Dotarłam do Warszawy o północy. A o mgielnej przygodzie argentyńskiej napisałam w Księdze dobrych życzeń, która jest właśnie w drukarni i ukaże się w połowie stycznia.
Wszystkim kierowcom wracającym ze świąt życzę szerokiej, suchej, czarnej i widzialnej drogi!
f9c