Połek, 17 paź
Kiedy wylądowaliśmy w Amsterdamie po locie z Emiratów Arabskich, myślałam, że jest środek nocy i czułam się bardzo śpiąca. Na lotnisku panowała nieprzenikniona ciemność, nie było nawet cienia wątpliwości, że trwa NOC. Tymczasem gdy spojrzałam na zegarek, okazało się, że jest już grubo po siódmej, czyli bez wątpienia nastał nowy DZIEŃ.
Po powrocie do Warszawy pierwszego wieczoru o ósmej zgodnie z dżunglowym i himalajskim zwyczajem położyłam się spać - żeby obudzić się, także zgodnie z tradycją, o szóstej. Ale na dworze zamiast swiatła i wschodzącego słońca zobaczyłam głęboką, uśpioną ciemność. Jak tu się przyzwyczaić?...
Poza tym podczas ostatnich czterech tygodni zyłam najpierw w wilgotnym, tropikalnym upale dżungli, potem w mronej, śnieżnej himalajskiej zimie, a potem znów w gorącej i dusznej miejskiej dżungli Kathmandu.
I z 6120 m n.p.m. zeszłam na 179 m n.p.m., czyli pokonałam sześć kilometrów przewyższenia, przechodząc przy tym z najbardziej gorącej pory roku do najbardziej zimnej i z powrotem.
Wczoraj wyszłam na spacer i nagle zaczęłam się zastanawiać czy lato już było, czy dopiero nadchodzi, a może właśnie skończyła się zima, bo tak dziwnie chłodno pachnie powietrze...