Sobota, 9 lipca
Odsuwałam od siebie myśl o tym, co sie stało w czwartek w Londynie. Miałam zresztą tak dużo zajęć, że nie włączałam nawet telewizora. Nagle jednak dotarło do mnie, że w epoce wysoko demokratycznej, rozsądnej, kosmicznej, bardzo rozwiniętej i nowoczesnej, wciąż pozostały nie rozwiązane najważniejsze problemy.
Wciąż mnie to zastanawia: dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić zrzutkę na tych, którzy potrzebuja pomocy. Nie zajmowac się przez jakis czas ambicjami i rozgrywkami, tylko skupić się na tych rejonach swiata, gdzie ludziom brakuje wody i żywności. Doprowadzić świat do stanu względnego piękna i minimalnej sprawiedliwości, gdzie nikt nie umiera z głodu i chłodu.
Tymczasem problemów nie jest mniej, tylko więcej - wtedy gdy jedno z większych państw wyciąga ręce po więcej i nie potrafi zachowac umiaru. Narusza delikatną równowagę między przeciwstawnymi kulturami i wtedy jak reakcja łańcuchowa następują rzeczy, których zaczyna się bać cały świat.
Równowaga i przyjaźń - zamiast urażonych ambicji i okazywania swojej wyższości. Wtedy nie byłoby wydarzeń Londynie, Madrycie i Nowym Jorku. Ale do tego chyba jeszcze politycy na świecie nie dorośli.