Wtorek, 26 kwiat
Dżungla azjatycka niewiele różniła się od tej południowoamerykańskiej, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gęstwina zarośli, ciernie i splątane łodygi, warstwa gnijących liści rozkładających się na ziemi, do tego nawołujące się tajemniczymi językami plemiona ptaków, cykad, jaszczurek i węży, które zwykle wolały się trzymać z daleka od ludzi - obcych przybyszy o niepokojącym zapachu. Jedno, czego na pewno będzie mi tu brakowało, to Indianie. Tubylcza ludność Dżungli Dinozaurów w Malezji została już dawno odkryta i przeprowadzona w łatwiej dostępne miejsca. Ale czy na pewno?...
Wyciągnęłam czujnie szyję, bo zdało mi się, że w krzakach nieopodal dostrzegam jakiś dziwny ruch. Nie, to nie w krzakach, to chyba obok w plątaninie cienkich pnączy obsypanych drobnymi kwiatami. Nie, tam też nie. Ale coś w pobliżu mnie na pewno kołysało się i przesuwało niezgodnie z rytmem wiatru, liści i otaczającej mnie puszczy. Zastygłam w bezruchu, starając się tylko lekkimi poruszeniami oczu śledzić okolicę. Z całą pewnością działo się tu coś dziwnego. Wydawało mi się, że ziemia się porusza...
Skoncentrowałam wzrok na brązowej powierzchni zlewających się ze sobą gnijących liści, fragmentów roślin, patyków i resztek rozsiewających się bezustannie tropikalnych drzew, krzewów i kwiatów. W tej masie łupin, skorupek, żyłek, skrzydełek, kokonów i innych elementów wspomagających roznoszenie się nasion, nagle dostrzegłam coś zdumiewającego i tak niewiarygodnie komicznego, że otworzyłam szeroko oczy i usta. Wyglądałam pewnie jak zaskoczony clown.
Dookoła, ze wszystkich stron otaczały mnie tysiące małych gąsienic, które z każdą sekundą zbliżały się o kolejne centymetry, pędząc przy tym tak niecierpliwie, jak gdyby się bały, że im ucieknę. Były na tyle małe i cienkie, że nie budziły lęku. Największa z nich mierzyła kilka centymetrów, wszystkie miały gładkie, nieowłosione ciała, z czego wysnułam logiczny wniosek, że ich dotknięcie nie grozi niebezpieczeństwem, bo toksyczne są najczęściej kolorowe, sztywne futra albo inne równie jaskrawo ubarwione pokrycie skóry.
Ogromne stado gąsieniczek posuwało się do przodu akrobatycznymi wygibasami. Nie miały nóżek, więc pokonywały przestrzeń za pomocą ruchów całego ciała: zginały się w pałąk, potem prostowały, umieszczając przednią część jak najdalej przed sobą, a potem podciągały pozostały fragment swojego podłużnego ciała, tak że ruch polegał na wielokrotnym dociąganiu nóg do głowy, przy jednoczesnym wyginaniu się w łuk. Robiły to w dodatku z gorączkowym pośpiechem, który najpierw mnie rozbawił, a potem rozczulił.
Wyobraziłam sobie, że to zagubione w dżungli stadko składało się prawdopodobnie z gąsieniczej młodzieży, która nie bardzo wiedziała jak zorganizować sobie dorosłe życie. Dlatego gdy na ich drodze pojawiła się obca istota, czym prędzej wyruszyły w jej kierunku, szukając być może odpowiedzi na jakieś ważkie kwestie dotyczące obecnego lub przyszłego życia. Może szukały schronienia przed deszczem, a może obrony przed czyhającym w pobliżu zagrożeniem. Tak zachowują się młode szczeniaki i inne bezbronne zwierzęce dzieci. Spodziewałam się więc, że podobnie jak one, gąsieniczki dotrą do pewnej odległości, stwierdzą, że nie jestem tym, czego im potrzeba, i zarządzą odwrót. Stało się jednak inaczej.
Fragment książki Blondynka Tao, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa NATIONAL GEOGRAPHIC.