Wtorek, 5 kwiat
- Balkon? - zapytałam ostrożnie. - Co się stało?
- Morwa umieram - powiedział bez ogródek.
- Ale co ci się stało? - zapytałam jak najbardziej współczującym głosem, próbując ukryć uśmiech.
Konik i Romek poderwali się od swoich bagaży. Powietrze zgęstniało od drobiowego testosteronu, bo ze strachu obaj dostali gęsiej skórki. Tymczasem Balkon nagle oklapł, tak jakby wypuszczono z niego powietrze. Zwiesił ramiona i głowę, dredy opadły mu na twarz.
- Wykrwawię się na śmierć - szepnął i zwisł jeszcze bardziej.
- Balkon! - wrzasnęli jednocześnie Konik i Romek.
Zerwali się na równe nogi, pełni współczucia i chęci pomocy, a przy tym przerażeni do głębi, od czego włosy tak sztywno stanęły im dęba, że mimowolnie zaczęłam się rozglądać za prawdziwkami, które lubią rosnąć w dębowych zagajnikach.
Z mojego doświadczenia wynikało, że jeśli ktoś ma dosyć siły, żeby poinformować zebranych o tym, że umiera, to istnieje znaczna szansa na to, że przeżyje. Jednak komandos Balkon właśnie zamilkł.
- Balkon, co ci jest?! - krzyknął Romek, a z wyrazu jego twarzy wywnioskowałam, że jest gotów do natychmiastowej reanimacji metodą usta-usta. Pozwoliłam sobie nawet na migawkę tej sceny w wyobrani: mechanik samochodowy o urodzie Hulka Hogana wpity ustami w twarz komandosa z dredami.
Balkon wydał z siebie dwięk przypominający jęk i westchnienie. Pochyliliśmy się nad jego kieszenią. Zapadło krótkie, przepastne milczenie, które natychmiast wykorzystał deszcz i zaczął z całej siły walić o plastikowy dach.
Fragment książki Blondynka Tao, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa NATIONAL GEOGRAPHIC.