Czwartek, 24 marz
Zapadła cisza tak ogromna, że krzykiem było w niej bzyknięcie przebudzonej muchy. Przypomniały mi się nagle opowieści snute przy ogniu przytłumionym szeptem - o tym, jak podczas wyznaczania trasy rajdu, przewodnicy zostali zaatakowani przez szare zwierzę, które ukazywało im się wielokrotnie w różnych miejscach, ale zawsze znikało szybciej niż udało im się zbliżyć. Po pewnym czasie stało się bardziej zuchwałe. Wtedy zorientowali się, że zwierzę nie należy do żadnego ze znanych im gatunków, a przypomina ogromnego jaguara lub tygrysa. Było szybkie, bezszelestne i deptało im po piętach, dokądkolwiek poszli. Pewnej nocy przez nieuwagę zostawili nad wygasłym ogniskiem garnek z resztkami jedzenia. Coś miękkiego prześlizgnęło się między namiotami, myśleli, że to cień chmury zakrywającej księżyc, ale gdy chmura dotarła do środka obozowiska i jednym ruchem szczęk zgruchotała garnek jak orzeszek ziemny, zorientowali się, że nadeszła krytyczna chwila. Niewłaściwy gest, dwięk albo zapach mógł sprowadzić na nich nieszczęście. Nad żadnym jednak nie byli w stanie zapanować. Ciała zaczęły im drżeć jak w gorączce, szczękanie zębów niosło się echem w puszczę, a gwałtowne fale wilgotnego potu zalewały oczy. Po krótkiej chwili wahania, tak jakby nasłuchiwał czegoś z głębi dżungli, zwierz odwrócił się i cicho wycofał.
Fragment książki Blondynka Tao, która ukaże się w kwietniu nakładem wydawnictwa NATIONAL GEOGRAPHIC.