Poniedziałek, 25 listopada 2002r.
Wyobraźcie sobie, że ktoś jedzie motorem po pustej drodze. Jest to w dodatku motor śnieżny i jedzie po drodze pustej i ośnieżonej. Nagle nie wiadomo dlaczego zostaje wyrzucony do góry, robi w powietrzu fikołka i spada na ziemię. Wygląda to tak, jakby wpadł na jakąś wielką przeszkodę - ale tak jak powiedziałam wcześniej - droga przed nim, za nim i po obu bokach - jest pusta, równa i czysta.
Co mu się stało?
Odpowiedź jest prosta: motocyklista zderzył się z samochodem. Bo samochód był n i e w i d z i a l n y.
To jest nowy samochód Jamesa Bonda obudowany mikrokamerami, które na życzenie rzucają taki obraz, że samochód w tych krzyżujących się światło-impresjach staje się niewidzialny.
To jest dopiero coś!
Człowiek siedzący w środku też staje się niewidzialny. Wyobracie sobie seryjną produkcję takich samochodów. Albo wyobracie sobie, że technologia pozwala już na wykorzystywanie efektu niewidzialności w różnych sferach życia. Mamy niewidzialne domy, niewidzialne taksówki, niewidzialne samoloty, niewidzialne patrole policyjne, niewidzialne książki... No, z tym ostatnim to chyba przesadziłam.
O nowym filmie Jamesa Bonda napiszę dwie rzeczy: CZYSTA ENERGIA.
Akcja wciskająca w fotel, diamenty, kobiety, cygara i czysta energia, która bucha z ekranu. Ja się naładowałam pozytywnie na długi czas.
Nie podoba mi się tylko nowa dziewczyna Bonda, bo jest za wolna, brak jej refleksu, życia, iskry i błysku w oku.
Czyli wygląda wprost odwrotnie do Astona Martina Vanquisha - nowego samochodu Bonda, który na szczęście pojawia się w filmie częściej w wersji widzialnej niż niewidzialnej. I rety, jak on cieszy!...