Czwartek, 10 lu
Jeden z moich kotów przyjechał do mnie samochodem. Został zabrany ze stajni czy stodoły w jakiejś wiosce, zapakowany do kartonu i umieszczony w bagażniku. Podróż trwała trzy godziny. Wyobracie sobie małego kotka w ciemnościach podskakującego bagażnika.
Potem karton został podniesiony i odbył jeszcze jedną krótką podróż przez ulicę. Potem stanął na moim stole. Otworzyłam go ostrożnie i serce mi zadygotało, bo w środku zobaczyłam miniaturowego kota o małym, nastroszonym ogonku i wojowniczym spojrzeniu.
I wyobracie sobie, kiedy otworzyłam ten karton i zajrzałam do środka, spodziewając się znaleć tam kupkę nieszczęścia, ten mały kotek cały się najeżył i zaczął na mnie gronie fukać.
To było moje pierwsze spotkanie z kotem, któremu nadałam imię Boliwia.
Boliwia była wesoła, ufna i ciekawska. Bardzo szybko odkryła dziurę w ścianie, przez którą na dwór wychodziły inne koty. I zaczęła je naśladować. Zabrakło jej ostrożności. Na widok większych od siebie ludzi zawsze podchodziła z pełnym zaufaniem i radością, i chyba tak samo podeszła do nadjeżdżającego samochodu.
Przez tydzień nie mogłam powstrzymać łez. A potem ktoś mi powiedział, że każdy kot żyje dziewięć razy. I to był tylko Boliwii pierwszy raz.