onet.pl PATRONAT
Dla znudzonych życiem
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Książki

Powrót
Dla znudzonych życiem

Rano wsiadłam do czółna i popłynęłam na drugi brzeg, gdzie mężczyźni ścinali pupuńje. Przewiozłam owoce, zrzuciłam je na rudy, gliniasty piasek i rozejrzałam się. Woda w rzece była brunatna z grzywą białej, rzadkiej piany pośrodku. Naprzeciw mnie – zielona ściana dżungli, która z góry, z samolotu, wygląda jak zielony kwiat kalafiora, a z drugiego brzegu jak zielona, poszarpana gąbka.

Odgarnęłam włosy z czoła. Pot płynął mi strumykiem po plecach, burczało mi z głodu w brzuchu, a ręce bezwiednie drapały nogi pogryzione przez muchy, mrówki i komary.

Co ja tutaj robię?

Siódmego dnia po przybyciu zaczęłam wypatrywać łodzi, która zawiozłaby mnie z powrotem w dół rzeki. Ósmego dnia dokładnie obejrzałam łódki przywiązane do korzeni na brzegu naszej wioski. Były wydrążone z pni drzew, smukłe, wąskie i chybotliwe. Popłynęłam na drugi brzeg i z powrotem, myśląc, że może sama dam radę wrócić do miasteczka. Okazało się, że bez motoru płynie się trzy dni. Poza tym wszystkie łódki były dziurawe.

Wróciłam do chaty. Na kolację dostałam talerz ciepłego ryżu z makaronem. Zjadłam do ostatniego ziarenka, zaskoczona takim luksusem. Posiłki przygotowywano i podawano w kuchni na podłodze z ubitej, rudej ziemi. W tej niewielkiej kwadratowej chacie zbudowanej z patyków, oprócz dwóch małych ognisk do gotowania, znajdowały się też trzy niskie, podłużne stołeczki i półki z gałęzi i desek, nigdy nie sprzątane, oklejone tłustym kurzem i czarne od dymu.

Po zmroku wrócili mężczyźni i przywieźli pieczone mrówki. Kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy – parę dni wcześniej – byłam ciekawa, ale i trochę nieufna wobec tej niespodziewanej atrakcji. Zjadłam kilka z ciekawości; chrupały w zębach i smakowały jak stare skwarki. Gdy tamtego wieczoru znów zobaczyłam mrówki, poczułam ekscytujący dreszcz – co za przysmak mi się trafił!

Po tutejszej diecie składającej się z gotowanych bulw manioku, kaszy z manioku, placków z manioku i zupy z manioku z dodatkiem odrobiny gotowanej ryby, człowiek bez przerwy szuka jakiegokolwiek źródła białka i witamin. Chrupiąc mrówki wraz z Indianami, u których mieszkałam, zastanawiałam się kto i z jakiej racji twierdzi, że plemiona indiańskie w Amazonii wiodą życie prymitywne.

Ludzie tutaj żyją pełnym życiem bez ułatwień i bez wygód. Jeżeli chcesz mieć stołek, zrób go. Rybę – idź złów. Maniok – idź wykop. Muszą sami bez przerwy tworzyć swój świat, bo jeżeli przestaną o niego wiecznie zabiegać, zarośnie go dżungla i zaleje deszcz. Muszą ciągle pracować, żeby go nie stracić, ciągle zdobywać to, co w moim świecie jest tak łatwo dostępne i tak oczywiste, że nie zwraca się na to uwagi.

Zaczęłam się więc uczyć.

Rano poszłam nad rzekę zrobić pranie. Koszula z długimi rękawami, spodnie, chustka i skarpetki. Co znaczy „pralka” nie zrozumie ten, kto nie klęczał przez dwie godziny nad deską nad brzegiem rzeki, nie ścierpł, nie zużył całego mydła, żeby odszorować czarne smugi, które na ubraniu zostawiły pnącza i gałęzie w dżungli, kto przez te dwie godziny nie został pokąsany przez muchy, mrówki i komary, kto w końcu nie zrobił płukania w rzece i nie powiesił wypranego ubrania na lianach rozpiętych półtora metra nad ziemią i komu godzinę później tropikalna ulewa nie wgniotła tych ubrań w błotnistą ziemię. Pralka to rzecz genialna.

Podczas następnych dni zrozumiałam też kilka innych rzeczy:

...Trzeba spać w hamaku w jednej z dwóch pozycji: wygiętej albo skręconej, marznąć w nocy pod gołym niebem i znaleźć nad ranem węża zwiniętego przyjaźnie na sznurku tuż nad głową – żeby docenić zwykłe łóżko i dom.

Kąpać się w brązowej, mętnej rzece, której środkiem płyną brudy doprowadzane z pobliskiej nielegalnej fabryki kokainy, a potem wdrapać się z powrotem na gliniasty, śliski, wysoki brzeg i ubłocić znów po pas – żeby docenić ciepły prysznic w czystej łazience.

Jeść zupę z rybiej łuski, kasawę, gotowaną pupuńję i fariñję – czyli deser z gruzełkowatej mąki zmieszanej z rzeczną wodą – żeby docenić cudowność świeżych owoców, wyboru mięs i razowego chleba z serem.

Pić i jeść z plastikowych misek i talerzy używanych jednako do wszystkich potraw – do tłustej zupy, wody, fermentującej cziczy czy słodkawego soku z owoców pataba, a przed użyciem płukanych w mętnej rzece – żeby docenić finezję szkła i płyn do mycia naczyń.

Siedzieć wyłącznie na drewnianych ławach, drewnianych stołkach, pniakach albo deskach w łódce i dostać siniaków na siedzeniu od tego nieustannego wygniatania na twardym podłożu– żeby docenić luksus fotela albo wyściełanego krzesła z oparciem.

Mieszkać w dużym domu bez drzwi, bez szyb, z wykrojonymi otworami na okna i dwa wejścia, domu, w którym mieszka kilkanaście osób w trzech izbach rozdzielonych cienkimi ażurowymi ściankami z kory palmy pachuba – żeby docenić przywilej prywatności we własnym pokoju albo mieszkaniu.

Zabłądzić w dżungli, zagubić się wśród obcych roślin, przeczuwając, że za każdym krzakiem czyha puma, a na gałęziach śpią węże. Przedzierać się przez kłujące pnącza i liście splątane z lianami, oganiać się od much i jadowitych mrówek w bezwietrznym skwarze dżungli, z potem cieknącym po twarzy i plecach – żeby docenić każdą prostą i bezpieczną drogę i zwykły chodnik w mieście.

Wyjść wieczorem za potrzebą – w ciemność, która jest ogromna i nieprzenikniona, głęboka i czarna, w której dziwnymi piskami, pomrukami, chrząkaniami i trzaskami odzywają się zwierzęta, a światło latarki rozprasza zaledwie małą cząstkę nocy, za którą kryje się nie wiadomo co. Znaleźć miejsce, które wydaje się bezpieczne, dostać po policzku mokrym liściem, pośliznąć się na wilgotnej ziemi i upaść widząc tuż obok siebie ogromną ropuchę, która błyska oczami i nadyma policzki, jakby zaraz miała z siebie wypuścić strumień jadu – żeby docenić łazienkę, do której dostępu broni zaledwie znajoma klamka, i w której sedes ma swoje stałe i komfortowe miejsce.

Po dwóch tygodniach zaczęłam szukać możliwości ucieczki i powrotu do świata, którego nie umiałam wcześniej docenić. Ucieczki jednak nie było. Nauczyłam się jeść mrówki, gotować zupę z rybiej łuski, skrobać bulwy manioku, ucierać je, wyciskać trujący sok i piec kasawę w kuchni zbudowanej z patyków i w kłębach dymu z ogniska. Spałam w brudnym hamaku i piłam deszczówkę.

Po dwudziestu dniach odwieziono mnie łodzią do jedynej miejscowości w okolicy, stamtąd samolotem towarowym wróciłam do cywilizacji, a później rozklekotanym autobusem dojechałam do miasta. Po ulicach jeździły samochody, w sklepie można było kupić mięso, ryż, owoce, słodycze i tysiące innych rzeczy, w telewizji opowiadali o tym jak hodować wydry, w łazience z kranu leciała czysta, zimna woda, a ubranie z pralni miałam odebrać po południu. Wszystko było łatwe, przyjazne i wygodne – łóżko, krzesło, światło, muzyka i obiad w restauracji.

Nie minęło jednak dużo czasu, gdy zatęskniłam i poczułam żal, że wyjechałam z tej maleńkiej indiańskiej osady w dżungli.

Kiedy płaciłam w sklepie za sok, rozsypały mi się pieniądze. Schyliłam się, żeby je pozbierać i przypomniało mi się jak popłynęliśmy z Indianami do pobliskiej wioski na uroczystość. Kiedy wysiedliśmy na brzeg, czekały na nas dwie młode Indianki, którym mój przewodnik podarował kiście dużych, granatowych winogron. Speszyłam się i powiedziałam, że – skoro zostałam zaproszona jako gość na fiestę – powinnam była kupić gospodarzowi jakiś prezent.

Indianin zaczął się śmiać i odrzekł:
- Dasz im kasawę, którą upiekłaś dziś rano.

A po chwili dodał:
– Aqui dinero no importa, aqui se vive la vida. Tutaj pieniądze nie mają żadnego znaczenia. Tutaj liczy się życie.

Fragment książki "Blondynka w dżungli", wyd. National Geographic 2007, 2008

Powrót