Pewnego dnia wojownicy wrócili z polowania później niż zwykle i – tak jak przez ostatni tydzień – z pustymi rękami. Na kolację zjedliśmy więc gotowaną pupuńję – owoce palmy, której pień porastają długie i twarde kolce. Owoce to jedno z największych dżunglowych nieporozumień. Jeśli rosną, to bardzo wysoko na czubkach drzew, gdzie znajdują je małpy. Niewiele jest takich owoców, które można zjeść na surowo. Zwykle są to mniejsze lub większe kulki skrywające od cienką skórką milimetr miąższu i ogromną pestkę. W smaku w niczym nie przypominają „owoców”. Nie są ani słodkie, ani soczyste, ani smaczne. Pupuńja smakuje trochę jak włóknisty ziemniak – jest mączysta, tłusta i rośnie w ustach. Ale potrafi zaspokoić głód.
Popiliśmy ją wczorajszą deszczówką, po czym wszyscy rozeszli się do swoich hamaków. Zęby miałam całe obklejone miąższem pupuńji, więc mimo późnej pory postanowiłam pójść do pobliskiego strumyka i umyć je przed snem.
W kuchni przygasał ogień, kiedy wyszłam w ciemność ściskając w ręku szczoteczkę i pastę do zębów. Ta ciemność była ogromna, głęboka i czarna, a światło latarki rozświetlało zaledwie małą jej cząstkę. Dookoła – nad moją głową, pod stopami i za plecami – coś trzeszczało, skrzypiało, mruczało, świstało, trzepotało, chrząkało, grzechotało, piszczało, trzaskało i grało, tak jakby natychmiast otoczyło mnie stado niewidzialnych nocnych stworzeń i nie było widać czy są wielkości biedronki, czy dinozaura.
Błyskały na mnie czyjeś oczy, czułam na twarzy muśnięcia skrzydeł nietoperzy, a stopy zapadały się w coś miękkiego. Z dreszczem na krzyżu, duszą na ramieniu i z latarką w ręce szłam powoli w stronę, gdzie – jak mi się wydawało – płynął strumyk. Pomyślałam, że właściwie nie ma się czego bać, bo wszystkie te kląskające, trzeszczące i chrząkające niewidzialne istoty nie mają chyba złych zamiarów, a tylko prowadzą swoje własne nocne życie, gdy nagle coś chwyciło mnie za twarz. Co ja mówię „chwyciło”! Coś obłapiło mnie mokrymi, lepkimi, zimnymi mackami i znieruchomiało. Ja znieruchomiałam też, bez oddechu, z sercem walącym jak młot kowala. Ugryzie? Wyssie mi krew? Wpuści truciznę? Ostrzegano mnie przed głodnymi nietoperzami – wampirami, które podlatują bezgłośnie, siadają na kawałku odkrytej ludzkiej skóry i piją krew. Ale czy wampir czekałby tak długo?
Starając się jak najmniej poruszać, poświeciłam sobie latarką od dołu na twarz i zrobiłam zeza. To, co siedziało mi na policzku, było czarne, płaskie, sztywne i wilgotne. Pomyślałam, że to chyba duży liść, cofnęłam się o jeden, zgubny, śliski krok i runęłam jak długa na ziemię. Szczęścia miałam tyle, że teren był podmokły i nie porośnięty zbyt gęsto roślinnością. Wpadłam więc w błoto, ale tym samym uniknęłam nadziania się na cierniste pnącza, cienkie pieńki młodych krzewów czy ostre kawałki gałęzi.
Żaby chyba trochę zdezorientowane moim nagłym wtargnięciem do ich kałuży, na chwilę zamilkły, ale potem odezwały się ze zdwojoną siłą. W wyrażaniu niezadowolenia przewodziła im potężna, szara, nakrapiana ropucha, która, siedząc tuż przy moim nosie, patrzyła na mnie z góry błyskając okrągłymi oczami.
To prawda, że leżąc w kałuży nie prezentowałam się może z najlepszej strony, ale to nie powód, żeby amazońska żaba okazywała mi tak otwarcie swoją wyższość. Łypnęłam ku niej nonszalancko, na co ropucha prychnęła i nadęła policzki. Z godnością wytarłam sobie lewe oko z błota i zamierzałam zrobić to samo, czyli nadąć policzki, co zapewne oznaczało w żabim języku eskalację lekceważenia, gdy przypomniałam sobie film o ropuchach strzykających z paszcz trującą cieczą. Wcześniej zbierały ją sobie w nadętych policzkach.
Odwróciłam głowę udając, że nie widzę jej wyzywającego wzroku. Co ja tu właściwie robię? Szczoteczka była czarna od ziemi i błota, podobnie jak większość mojej osoby, a strumyka w ogóle nie było słychać wśród ogłuszającego kumkania żab i trzaskającego świstania cykad. Wstałam i rozświetlając brudną latarką wąski pasek drogi przed sobą, wróciłam do wioski.
Wszyscy już spali wtuleni w swoje hamaki, położyłam się więc i ja. Byle przeczekać do rana, kiedy świat znów wypełni się światłem, dżungla z czarnej zrobi się zielona, a ja będę mogła zmyć z siebie błoto i piasek zgrzytający mi w zębach. Byle do rana.
Fragment książki "Blondynka w dżungli", wyd. National Geographic 2007, 2008