onet.pl PATRONAT
Szkoła indiańska, czyli jak Białas, pół-Indianin i Indianin razem wędrowali
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Książki

Powrót
Szkoła indiańska, czyli jak Białas, pół-Indianin i Indianin razem wędrowali

  Dochodziła już trzecia po południu, kiedy stwierdziłam, że jeżeli będę musiała wykonać ramionami jeszcze jeden ruch wiosłem, to odpadną mi od ciała i odpłyną w amazońską dal jak zwiędłe wodorosty. Złożyłam wiosło, poczułam że zakwitam jak świeży szczypiorek, gdy zimna woda podlała mi spuchnięte z wysiłku stopy, odwróciłam się do Herkulesa i rzuciłam mu spojrzenie lekkie jak piórko, a jednocześnie ostre jak oszczep i głębokie jak studnia. Pojął mnie w lot. Liczyłam na to, że głodny z głodnym potrafi się porozumieć bez słów.
   Jednocześnie oboje zaczęliśmy wypatrywać kawałka suchego lądu i w tym samym momencie zauważyliśmy małą plażę na lewym brzegu, na której bez przeszkód udało nam się wylądować.
   Zeskoczyłam na piasek.

   Każde lądowanie w historii świata łączy w sobie dwa sprzeczne uczucia: radość z dotarcia do celu i lęk przed nieznanym. Przeżyli to kosmonauci i załoga Krzysztofa Kolumba, i przeżył to pan Cook, który najpierw odkrył Wyspy Kanapkowe, a potem sam posłużył za nadzienie do kanapki ludożerców. Przeżywałam to często także ja. Nad Amazonką byłam w o tyle lepszej sytuacji, że wiedziałam doskonale czego mogę się spodziewać.
   Pierwszy krok na nieznanej ziemi i błyskawiczna ocena sytuacji:
   Kajmany?
   Brak!
   Dzikie osy?
   Brak!
   Zatrute strzały wymierzone w serce?
   Brak!
   Podejrzane ślady UFO na piasku? 
   Brak!
   Moskity?
   Brak!
   Niemożliwe!

   Jeszcze raz od początku:
   Kajmanów nie ma. Dzikich os nie widać. Wrogich Indian też. Piasek jest gładki i niewinny, woda spokojna, niebo czyste, żaden ślad nie wskazuje na obecność czegoś podejrzanego. Moskitów brak. 

   To przedziwne zjawisko wydało mi się bardzo podejrzane. Popatrzyłam na Herkulesa i Porfiria, ale obaj spokojnie wyładowywali bagaże z czółna. Jeżeli dwaj Indianie nie przeczuwają w powietrzu niczego złego, to co może wiedzieć taka biała miastowa jak ja?
Powąchałam powietrze. Wsłuchałam się w ciszę. Rozejrzałam się. Oczy stwierdziły, że rzeka płynie i słońce świeci. Stan bez zmian. Włączyłam jeszcze jeden tajemny zmysł, który wykształcił mi się dopiero tutaj, w dżungli, bo w mieście nie było dla niego żadnego zastosowania. Wtedy dotarło do mnie ostrzeżenie.
   Stałam na piasku z brodą uniesioną jak wyżeł na polowaniu, uszy urosły mi od słuchania, a szczęka opadła. Pozornie wszystkie sprawy widzialne, słyszalne i namacalne były w najlepszym porządku. Ale coś mi tak...
   - Czy będzie padać? – zapytałam w nagłym natchnieniu.
   Herkules popatrzył w niebo.
   - Nie, chyba nie – odpowiedział po chwili. – Como piensas tu? A ty jak myślisz?
   - No, może trochę – odpowiedział Porfirio po wsłuchaniu się w siebie.
   - A ja myślę, że będzie lało jak z cebra – powiedziałam, ale nikt – nawet ja sama – nie zwrócił na to uwagi.

   Lunęło piętnaście minut później. Najpierw jak zwykle wiatr poszarpał czubkami drzew, potem jeden nagły powiew przebiegł dołem, przez moją twarz; niebo zrobiło się szare, liście zaczęły podskakiwać na gałęziach i słychać było szum, tak jakby szumiały z radosnym oczekiwaniem wszystkie sparzone słońcem rośliny. Czekałam i ja.

   Byliśmy w trakcie rozpalania ognia, kiedy spadły na nas pierwsze rozpędzone krople tropikalnej ulewy.
Na brzegu – obok ryby złowionej na kolację - było nas troje: Herkules – przewodnik, mieszanej krwi Indian Yagua i Moyobamba; Porfirio – Indianian Kiczua; oraz ja – czyli Białas. Zaczęło lać. Co robią te trzy osoby zaskoczone nad rzeką w porze kolacji? Co zrobiłbyś Ty, Czytelniku? To będzie prosty test na przetrwanie w dżungli.

   Zaczyna padać zimny deszcz.
   Białas z miasta natychmiast zakrywa bezpiecznie swoje aparaty fotograficzne, wkłada pelerynę przeciwdeszczową i czeka aż deszcz się skończy.
   Pół-Indianin – ubrany w spodnie, koszulę i kalosze – staje skulony pod gęstym drzewem i wzdrygając się gdy lodowaty strumyk deszczówki wpłynie mu za koszulę - czeka aż deszcz się skończy.
   W tym samym czasie Indianin – boso i w podartych szortach – chwyta maczetę i idzie w puszczę. Wraca pięć minut później, błyszczący od deszczu, ale ciągnie za sobą kilka wielkich, palmowych liści. Następnie ucina cienkie drzewko i zawiesza je poziomo dwa metry nad ogniskiem. Liście palmowe stawia sztorcem na ziemi, a potem je pochyla i opiera o poziome drzewko i w ten sposób nad ogniskiem powstaje dach chroniący je przed deszczem.

   Podczas gdy Białas z miasta stoi jak sierota w ulewie ściskając swój drogocenny sprzęt, a pół-Indianin Herkules drży z chłodu pod drzewem, Indianin Porfirio ma już schronienie, gdzie może się ukryć i ogień, przy którym może się ogrzać. Ale on nie siada!
   Znowu bierze maczetę i idzie w puszczę. Po chwili wraca z garścią gałęzi i czterema cienkimi drzewkami rozwidlonymi na końcach. Drzewka wbija w czterech rogach ogniska, łączy je dwoma palikami w pary, tnie pozostałe gałęzie na równe kawałki i rozkłada je w poprzek nad ogniem tworząc drewniany ruszt.
   Na ten ruszt rzucił rybę i dopiero wtedy usiadł. Dookoła lał deszcz. 

   Białas – suchy wewnątrz swojej plastikowej peleryny – stał zziębnięty na deszczu. Pół-Indianin mókł ukryty pod drzewem.
A Indianin siedział pod dachem przy ciepłym ogniu i czekał aż upiecze się jego kolacja. Wszystko co zrobił odkąd zaczęło padać, trwało nie więcej niż 15 minut.
   Musimy jeszcze długo rosnąć, żeby sięgnąć Indianom do pięt.

Fragment ksiązki "Blondynka u szamana", wyd. National Geographic 2004

Powrót