Płynęłam statkiem po Amazonce obserwując zmieniający się na brzegu krajobraz. Przez pierwszych kilka dni z wysokości mojego hamaka widziałam białe, garbate krowy szukające cienia na zielonych pastwiskach, wytwórnie ciężkiego, słonego sera sprzedawanego w prostokątnych gomółach, małe miasteczko zbudowane wokół drewnianego kościoła o trzech wieżach pomalowanych na żółto i niebiesko, pomost, do którego cumowały łodzie i gdzie rano przychodziły kobiety zrobić pranie.
Potem miejsce gładkiej trawy zajęła rozczochrana dżungla z pnączami zuchwale sięgającymi coraz to nowych połaci nieba. Siedziby ludzkie były coraz mniejsze, coraz rzadziej rozrzucone i skupiające nie więcej niż jedną rodzinę.
Ogarnął mnie spokój, jakiego już dawno nie zaznałam. Nie śpieszyłam się do nikąd, niczego nie musiałam zrobić, nigdzie dotrzeć, o niczym pamiętać. Wszystko stawało się samo, bez mojego świadomego udziału. Jedynym moim czynnym wkładem w rzeczywistość był fakt kupienia biletu na statek, wejścia na jego pokład, rozwieszenia hamaka pod blaszanym sufitem hali bez ścian i położenie się w nim z rękami splecionymi pod głową. Reszta działa się sama.
Kapitan dał znak do odjazdu, ryknęła syrena, zadudniły silniki, statek wypuścił w stronę lądu ostatni kłąb sinego dymu, po czym rozpoczął podróż w górę rzeki. Szybko odkryłam, że świat na Amazonce wygląda jak kino odwrócone do góry nogami. W zwykłym kinie człowiek siedzi w fotelu, a przed nim na ekranie przesuwają się obrazki. A tutaj ja wędrowałam w ruchomym fotelu przez stojący w miejscu film – zatrzymany i rozwinięty na wiele kilometrów. Płynęłam wzdłuż tego filmu i oglądałam go klatka po klatce: małą chatę z drewna i czółno zacumowane przy pomoście, białe krowy na zielonej trawie, przestraszonego konia, dwie dziewczynki w łódce, drzewo śliwkowe, którego zielone, podłużne owoce są niejadalne dla ludzi, ale stanowią przysmak dla tutejszych ryb... Potem tę osadę z kościołem, pomost i poranne pranie, potem dżunglę ciągnącą się kilometrami i godzinami, niezmienną, nieruchomą, milczącą, obojętnie potężną i potężnie obojętną, dla nas, ludzi z innej cywilizacji, zamkniętą i niedostępną.
Pewnego dnia po południu pomiędzy srebrnym kolorem powierzchni rzeki a brunatną dżunglą coś zamigotało. Podniosłam się leniwie na łokciu. Przetarłam oczy.
W małym drewnianym czółnie siedział indiański chłopiec, który na widok statku czym prędzej odbił od brzegu i wyruszył na środek rzeki. Za nim pośpieszyli jeszcze dwaj inni, każdy w swojej łódeczce wydłubanej z pnia. Nie mieli szans, żeby dogonić napędzany silnikiem statek, ale wiosłowali z całych sił, śmiejąc się przy tym serdecznie. Ktoś wyrzucił im przez burtę plastikową butelkę z wodą i woreczek ze słodyczami, ale nie zwolniliśmy ani na moment. Wkrótce statek stał się dla nich nieosiągalnie daleki, więc przestali wiosłować, machając do nas na pożegnanie rękami. Kim byli? Gdzie mieszkali? Skąd się tam wzięli? Jak wyglądało ich życie na co dzień?...
Długo siedzieli w czółnach na środku rzeki, patrząc na oddalający się statek, tak jakby byli więźniami zakotwiczonymi w tej części świata. Kiedy uznali, że zobaczyli już dość, postawili na swoich łódeczkach małe trójkątne żagielki i pozwolili, żeby wiatr popchnął ich z powrotem do brzegu.
Nie dostrzegłam żadnej wioski ani osady. Samotny dom znajdował się pewnie trochę dalej w głąb dżungli, gdzie bezpiecznie stał na palach, nie obawiając się przypływów rzeki podczas pory deszczowej, kiedy jej poziom podnosi się nawet o 15 metrów i porywa w swój gwałtowny nurt wszystko, co nieuważnie stanie jej na drodze. Ci trzej chłopcy indiańscy mieszkali tu odcięci od reszty świata, nie znając takich pojęć jak sklep, lodówka, muzyka czy telewizor. Jedyną atrakcją był pojawiający się od czasu do czasu dymiący statek, który przepływał jednak zbyt szybko i zbyt daleko, by stał się dla nich osiągalny.
Tak wygląda koniec świata... – pomyślałam. - To miejsce, o którym człowiek wie, że donikąd nie prowadzi, więc nie ma sensu czynić wysiłku, by przedostać się dalej. Można jedynie próbować powrócić z niego znów do cywilizacji, ale z drugiej strony... kiedy zazna się tego niebiańskiego spokoju, tajemniczej atmosfery, dziwnego, cierpkiego poczucia szczęścia, które wynika ze świadomości, że dotarło się na skraj rzeczywistości, to człowiek nie czasem w ogóle ochoty, żeby wracać.
I wtedy przypomniałam sobie wszystkie inne końce świata, do których zdarzyło mi trafić wcześniej podczas wielu lat podróżowania. Miasteczko na sawannie Rupununi w Gujanie Brytyjskiej... Półwysep na krańcu Kolumbii, gdzie mieszkał tylko wiatr i czarne świnie... Ta buszmeńska wioska zatopiona w dżungli nad rzeką...
I wtedy uświadomiłam sobie, że końców świata jest wiele i że każdy podróżnik na pewno natknął się na niejeden z nich. A gdyby tak poprosić znanych polskich podróżników, żeby opisali swoje wyprawy na końce świata?... A potem może jeszcze opisaliby najpiękniejsze i najbardziej piekielne miejsca, do których trafili?... A na koniec podaliby jeszcze garść przepisów kulinarnych z egzotycznych kuchni?....
Zerwałam się z hamaka i czym prędzej zaczęłam notować.
Tak powstał pomysł stworzenia serii trzech tomów złożonych z opowieści znanych polskich podróżników. Po powrocie do Polski skontaktowałam się z wydawnictwem National Geographic i czym prędzej wysłaliśmy dziesiątki pism zapraszających do współpracy. Nie do wszystkich autorów udało nam się dotrzeć, niektórzy znajdowali się właśnie w podróży gdzieś na końcu świata, inni byli zajęci wcześniejszymi zobowiązaniami, ale ostatecznie na mojej biurko trafiła gruba teczka tekstów, nad którymi pochyliłam się z elektryzującym dreszczem.
Czekała mnie ogromna praca. Jak się wkrótce okazało, nie wszyscy podróżnicy są pisarzami. Niektórzy nigdy nie mieli kontaktu ani z komputerem, ani nawet z maszyną do pisania. Niektóre rękopisy wyglądały jak dzieła dawnych poetów. Inni zdecydowali, że ponieważ dotychczas skutecznie odmawiali kontaktu ze słowem pisanym, także teraz to się nie może zmienić i zgodzili się podyktować swoje historie do magnetofonu lub przez telefon. Asystentka, która spisała część tych wspomnień, okazała się cierpieć na dysgrafię, na skutek której kompletnie nie widziała różnicy pomiędzy „choryzontem” a „hryzantemą”.
Kilka tygodni spędziłam zagłębiając się w kolejne historie, wczuwając się w myśli ich autorów, dopowiadając to, co im wydawało się tak oczywiste, że zostało pominięte milczeniem, odnajdując objaśnienia slangowych wyrażeń alpinistycznych, speleologicznych czy geograficznych, wygładzając szorstkości, rozwijając skróty myślowe, a czasem odwrotnie – upraszczając wielce skomplikowane konstrukcje stylistyczno-myślowo-metaforyczne.
Oto i one – najciekawsze opowieści polskich podróżników – od lodów Alaski i szczytów Himalajów, przez skwar Afryki, złoto Azji, aż po tajemniczą dżunglę amazońską... Inspirujące, fascynujące, niewiarygodne przygody, które przeżyli na własnej skórze. Oto niezbity dowód dla wszystkich niezdecydowanych, którzy dotychczas poprzestawali tylko na marzeniach o zrealizowaniu swojej wielkiej wyprawy: jeśli się czegoś bardzo chce, to staje się możliwe, a świat jest otwarty dla podróżników i kryje w sobie mnóstwo niespodzianek. Życzę, żeby stały się one także Waszym udziałem.
Beata Pawlikowska
Manaus – Warszawa, grudzień 2003 – styczeń 2004